Status związku: to skomplikowane

Jako użytkowniczka jednego z większych portali społecznościowych, mogę uzupełnić swój profil o jakże interesujące dane dotyczące statusu swojego związku. A wachlarz możliwości mam niemały – wolna, zamężna, zaręczona, wdowa… Mogę jednak również pochwalić się światu, że żyję w związku otwartym, partnerskim czy kohabitacyjnym. ¹
Gdy jednak i te opcje okazują się niewystarczające – wówczas mogę zdecydować się na status „to skomplikowane”. 8-)

Tak, jak zawsze bawiły mnie pary aktualizujące status związku po każdej większej kłótni, tak nigdy nie mogłam pojąć sensu i celu oznajmiania światu, iż tkwimy w skomplikowanym związku (to, że nie widzę sensu i celu oznajmiania publicznie tych i wielu innych prywatnych informacji w ogóle, pominę na ten moment). Ma to budzić ciekawość, zachęcać znajomych do drążenia tematu czy wręcz przeciwnie, ucinać wszelkie dyskusje i domysły?…

Dziś jednak nie będzie o fejsbukowych ekshibicjonistach, tylko o całkiem normalnych ludziach żyjących w związkach o skomplikowanym statusie. No właśnie. Czy nazywanie naszych relacji rzeczywiście jest takie istotne i dlaczego?

status

Młoda kobieta spotyka się z mężczyzną. Chodzą razem do kina, spędzają wspólnie weekendy, uprawiają seks, ona czasem zaprosi go na obiad, on jej czasem przykręci półkę w domu. Nie mieszkają jednak razem, nie planują dzieci ani wspólnego urlopu w Chorwacji, on nie przedstawił jej swoim rodzicom, a ona nie zrobiła mu miejsca na półce w łazience. Kim dla siebie są?
Bywa, że sami tego nie wiedzą. Znam zatrważająco dużo takich par. On przedstawia ją kumplom po prostu „poznajcie się, to jest Bożena”, bez zająknięcia omijając wszelkie zaimki. Jej w rozmowach z koleżankami wyrwie się czasem „ten mój Łukasz”, zaraz jednak w myślach beszta się za nadprogramowe słowo. Zapytani wprost, unikają odpowiedzi, obracają sytuację w żart.
Zwykle, to Ona zaczyna w końcu dążyć do ustalenia statusu, uporządkowania ich związkowej nomenklatury. Jemu znacznie wygodniej żyje się w niuansach i niedopowiedzeniach, unika deklaracji. Dlaczego jednak tak trudno zdobyć im się na szczerą rozmowę, o tym co ich łączy lub nie łączy?

Ok, z jednej strony już wyrośliśmy z czasów, gdy chłopak z dziewczyną najpierw ustalali czy chcą ze sobą chodzić, a potem „na trzy cztery” zaczynali to swoje chodzenie („już?”, „już!”). Z drugiej jednak strony chyba wgłębi duszy tęsknimy za tą dziecięcą szczerością i bezpośredniością, otwartym okazywaniem uczuć i emocji, nie znającym konwenansów i „gierek” dorosłych.
Bo dziś kobieta musi się domyślać czy luby naprawdę boi się zaangażować, bo został zraniony w poprzednim związku czy po prostu chce pobzykać bez zobowiązań. A mężczyźnie pozostaje zgadywanie, czy bez pokaźnego portfela byłby równie interesujący dla aktualnej wybranki.

fb

źródło: http://matelusz.pl

Kobieta chce wiedzieć i czuć, że jest czyjaś i że ktoś należy do niej (jakkolwiek to brzmi). Mężczyznom może mniej zależy na formułkach, ale zdecydowanie nie lubią dzielić się „swoją zdobyczą”. Podświadomie chyba każdy dąży do poczucia pewności, stabilizacji. Skomplikowane statusy pojawiają się więc zwykle wtedy, gdy… następuje uczuciowa dysproporcja. Innymi słowy: ona go kocha, a on ją niekoniecznie, względnie to on się zabujał, a u niej z wzajemnością już gorzej.
Strona zakochana woli „rozmieniać się na drobne”, cierpieć, ale być blisko obiektu swoich westchnień, wierząc cisze w nagły przypływ wzajemności. Dlatego godzi się na półśrodki i półcienie. Trzyma jednak fason, sama przed sobą nie przyznaje się, że zbiera tylko ochłapy miłości, wdziewa więc maskę osoby niezależnej, ceniącej sobie wolność i świetnie odnajdującej się w związku o skomplikowanym statusie.
Drugiej stronie, no ba, odpowiada to jeszcze bardziej. Skoro nie musi składać deklaracji ani wykładać kart na stół, to po prostu spija związkową śmietankę – bierze, to co w związku piękne, przyjemne i fajne, grzecznie dziękując za całą resztę. Tamten / tamta się nie skarży przecież, więc chyba wszystko jest ok?

fbstTacy wszyscy jesteśmy światowi i nowocześni, tacy tolerancyjni wobec gender i homo, jak więc się tu głośno przyznać, że po cichu śnimy o starej poczciwej monogamii?  Ano zwyczajnie. Nie komplikujmy sobie sztucznie i tak już skomplikowanego życia. Mówmy głośno o swoich uczuciach, nie bójmy się kochać i cierpieć. Trochę zdrowego, dobrze rozumianego egoizmu też nie zaszkodzi. Życie jest jedno. Szkoda go marnować na frazesy „it’s complicated”…

¹ Kohabitacja – z łacińskiego oznacza dosłownie „wspólne zamieszkanie”, a więc nieformalny związek dwóch osób płci przeciwnej prowadzących wspólne gospodarstwo domowe i utrzymujące związki seksualne. Jest to pojęcie nieco szersze niż „konkubinat” (z łac. dosłownie „wspólne leżenie), który oznacza nieformalny związek dwóch osób dzielących łoże, choć często również mieszkających razem. Mówiąc matematycznie, konkubinat stanowi więc jeden z jej podzbiorów kohabitacji. ;-)

6 Komentarze

  1. moja znajoma ostatnio MUSIAŁA ustawić status związku na fejsbuku :D a wszystko dlatego, że pochwaliła się mamie świeżymi zaręczynami, ale mama nie umiała utrzymać języka za zębami i podzieliła się radosną nowiną z innymi. Nagle na osi czasu owej znajomej zaczęły pojawiać się posty z gratulacjami. Jednak wszyscy pozostali, niewtajemniczeni bardzo byli ciekawi o co chodzi… Koleżanka została zasypana sms-ami treści „pierścionek czy ciąża” i gdyby miała odpowiadać na każdą wiadomość, pewnie dostałaby odcisków od klikania. Zamiast tego zmieniła status związku i od razu sprawa stała się jasna :D

  2. „Strona zakochana woli „rozmieniać się na drobne”, cierpieć, ale być blisko obiektu swoich westchnień, wierząc cisze w nagły przypływ wzajemności. Dlatego godzi się na półśrodki i półcienie. Trzyma jednak fason, sama przed sobą nie przyznaje się, że zbiera tylko ochłapy miłości, wdziewa więc maskę osoby niezależnej, ceniącej sobie wolność i świetnie odnajdującej się w związku o skomplikowanym statusie”. GENIALNE
    Myślę, że miłość to między innymi poczucie bezpieczeństwa. Zaryzykuję stwierdzenie, że Strona odtrącana przeprowadzając spowiedź przed samą sobą przyzna, że to tak naprawdę nie jest miłość, a jedynie wielkie oszustwo. Co robimy z podwójnie osłodzoną kawą? Wylewamy. Co robimy ze zniszczoną bluzką? Wyrzucamy. Dlatego, że potrafimy obiektywnie stwierdzić, że nie spełniają naszych oczekiwań i należy się ich pozbyć. Dlaczego nie rzucimy faceta, przez którego jesteśmy udręczone? Mogę odpowiedzieć za siebie: bo się boję, że innego nie znajdę, bo lepszy wróbel w garści… Dajemy się spacyfikować, co potęguje poczucie bezkarności u tej mniej zaangażowanej osoby. Długo by pisać, TO zbyt SKOMPLIKOWANE.

    • Oj, czasem człowiek potrafi się emocjonalnie związać nawet z bluzką ;-) (bo zdałam w niej ważny egzamin, byłam w niej na pierwszej randce albo dostałam ją od nieżyjącej Babci), a wtedy już trudniej nam ją wyrzucić, nawet gdy jest zniszczona. A co dopiero, gdy w grę wchodzą niezwykle silne (choć czasem toksyczne) uczucia do drugiej osoby?… Wtedy właśnie nasz obiektywizm bierze w łeb. :-P

  3. No ty to dopiero rozwinęłaś temat :) cóż związki nie są nigdy łatwe do ogarnięcia choć człowiek by bardzo chciał żeby wszystko było albo czarne albo białe.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.