Update

Dobry miesiąc po Wielkanocy dotarła do mnie kartka świąteczna (InPost – no comment). Życzenia wysłała koleżanka z liceum, z którą co prawda nie widziałyśmy się od lat, ale sumiennie dwa razy do roku wysyłamy sobie kartki okolicznościowe. Tym razem jednak pod życzeniami znalazł się obszerny post scriptum z jej aktualnym numerem telefonu i propozycją spotkania. Mój wewnętrzny radar wysłał podejrzenie, że pewnie G. jest w ciąży albo na macierzyńskim i z nudów postanowiła reaktywować znajomość (jak się później okazało – nie pomyliłam się), ale bez cienia sarkazmu i z uśmiechem sięgnęłam po telefon. Kilka dni później siedziałyśmy już na naszym malowniczym rynku i w promieniach wiosennego słońca popijałyśmy pyszne latte.

Takie spotkania po latach mają dużo uroku (wspomnienia, ach, wspomnienia), ale niestety w dużej mierze sprowadzają się do standardowego update’u. Trzeba uaktualnić bazę wiedzy dotyczącą aktualnego miejsca zatrudnienia i zamieszkania, ilości dzieci itp. A potem jeszcze wymienić informacje co słychać u X i Y albo zapytać czy nadal masz kontakt z W czy Z?
Trudno porozmawiać o ostatnio przeczytanej książce, porządkach w ogrodzie czy osobistych problemach z osobą, z którą się nie widziało 10 lat. Oczywiście można przemycić jakieś „szpanerskie” wiadomości o egzotycznej wycieczce czy nowiutkim aucie, ale to już inny temat.

W zeszłym tygodniu byłam na drinku z moją przyjaciółką. Z B. znamy się dobrych 20 lat i jest chyba jedyną osobą na tym świecie, z którą mogę porozmawiać absolutnie o wszystkim. Znamy się jak przysłowiowe łyse konie.
Może dlatego zrobiło mi się trochę przykro i żal, że nasze ostatnie spotkania też przeradzają się w takie update’y – oczywiście może trochę obszerniejsze i szczegółowsze, ale jednak update’y…

Siedzę przy komputerze, popijając kawę i przypominam sobie wszystkie osoby w moim życiu, z którymi rozmowy nie sprowadzały się do czystego update’u. Pamiętam rozmowy z M. i K. w czasie studiów – gdy z mieszaniną obaw, pasji i nadziei snuliśmy plany na przyszłość. Godzinami rozmawialiśmy o naszych lękach i marzeniach, wspólnie analizowaliśmy zaobserwowane zjawiska… Do tej pory takie rozmowy zdarza mi się snuć z R. czy z K. – choć widujemy się rzadko, to przy spotkaniu nie zaczynamy się przepytywać z aktualności, ale rozmawiamy o naszych pasjach, spostrzeżeniach, planach…
Siedzę przy komputerze, popijając kawę, trzeźwiejąc po zarwanym weekendzie z M. i W. Z nimi też spędziłam wczoraj wieczór pełen rozmów o wszystkim i o niczym, rozmów tak błahych i tak ważnych, radosnych i poważnych… rozmów, których mi tak brak na co dzień.

W dobie facebooka o update nie trudno. (Można go przeprowadzić nawet zdalnie, bez umawiania się na kawę czy wino.) Ale coraz trudniej o prawdziwą rozmowę. Coraz trudniej nam formułować myśli i szczerze mówić o tym, co nam w duszy gra. I coraz trudniej o szczerego i zaangażowanego rozmówcę.

Mam szczęście, że mimo upływu lat, mimo mojej „emigracji”, mimo paskudnego charakteru, wciąż mam wokół garstkę osób, z którymi mogę tak właśnie siedzieć, pić wino i rozmawiać… Że nie jestem dla nich tylko metryczką z podstawowymi danymi osobowymi. Że czasem wpadnie taki M. i do trzeciej w nocy będzie omawiał ze mną problem, bez zbywania mnie tylko frazesami, że będzie dobrze. Tego mi właśnie czasem w moim pojedynczym życiu tak brak…

15 Komentarze

  1. Własnie z takich powodów, o których piszesz dawno przestałam chodzić na plotki w gronie szkolnych koleżanek i mam uczulenie na spotkania ileś tam lat po maturze. Szkoda czasu…

  2. Z niektórymi ludźmi nawet zwykłe wypicie kawy w biegu staje się okazją do wymiany ważnych mysli, na niektórych po prostu szkoda czasu. Przyjaciele, nadający na tych samych falach, toprawdziwy skarb, Bywa też tak, że ktoś, z kim nie mamy wspólnych tematów – może potrzebować rozmowy z nami, naszej opinni. Na takie bycie dla innych nie szkoda czasu, nawet wówczas, gdy mamy świadomość, że znajomośc albo spotkanie niczego nie wnosi w nasze życie. Pozdrawiam :)

  3. Cieszę się, że to napisałaś :) Myślę co jakiś czas o przyjaźniach, ich dynamice i umieraniu. I sama nie wiem – czy ze mną coś nie tak, czy faktycznie zmienia się jakość relacji.
    Notabene „update” przyjaźni/znajomości to idealne określenie w czasach slangu anglo-komputerowego :)

  4. Miałam także niedawno takie odgrzane po latach spotkanie. Oczywiście koleżanka szkolna. I oczywiście było tak, jak ty opisujesz. Tak w ogóle, to wydaje mi się, że w dobie internetu spotkania, nawet z bliskimi znajomymi bywają dużo rzadsze. Bo wygodniej posiedzieć sobie przy kompie i przez niego „pogadać”. Potem spotykasz się i słów jakoś brakuje. Era komputera to era zaniku kontaktów międzyludzkich. Oczywiście tych realnych :)

    • Wiesz, zauważyłam jeszcze jedną rzecz – „rozmawiając” z kimś np. na chacie, możemy robić jednocześnie inne rzeczy, nie odpisywać przez chwilę, skomentować wypowiedź tylko emotikonką… to bardzo widać, że niektóre osoby potem nie umieją się odnaleźć podczas normalnej rozmowy, gdzie tego wszystkiego brak. Smutne.

  5. Ważny temat i głęboko mnie poruszył. Zrobiłem sobie nawet rachunek sumienia, jak to u mnie z tymi przyjaźniami i znajomościami jest. Część nieuchronnie odchodzi, staram się rekompensować je nowymi znajomościami, o które nie jest wcale łatwo, gdy pracuje się jako freelancer. Czasami znajomi, z którymi nie było o czym rozmawiać przez jakiś czas, bo gadali tylko o pieniądzach lub kupkach dzieci, nagle dojrzeli i stali się ciekawymi uczestnikami rozmów, czy też wyjazdów. Są też ludzie, którzy na rozmowy się nie nadają, ale są fajnymi kompanami w podróży. Różnie z tym bywa, chociaż im jestem starszy, tym bardziej dbam o relacje z innymi ludźmi, tymi, którzy mnie ubogacją i stanowczo wygaszam te kontakty, które dołują, umniejszają i generalnie wpędzają w depresję

    • Myślę, że trzeba dużej dojrzałości, by zrobić taki „remanent” w swoich kontaktach i przyjaźniach – oczywiście nie pochopnie, nie roszczeniowo, nie z lenistwa, tylko świadomie, spokojnie i uczciwie. A o te, które zdecydujemy się utrzymać, warto dbać, by przetrwały latami… :-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.