Dwa światy, czyli o rzucie monetą

Sobotni wieczór. Ona i on. Zaplanowana randka w kinie. Ona ubrała czerwone szpilki, on przyszedł z różą. Pozostaje tylko wybrać seans. Ona chciałaby się zrelaksować przy jakiejś komedii romantycznej albo obejrzeć ambitny dramat. On waha się między horrorem a najnowszą strzelanką. Które z nich się poświęci i zrezygnuje z własnych kinowych preferencji? Czy znajdą film, który spodoba się im obojgu? A może ostatecznie wybiorą się na kręgle albo do restauracji?

W naszym życiu nieustannie pojawiają się sytuacje, gdy nasze poglądy, preferencje i przyzwyczajenia zderzają się z nawykami i upodobaniami innych. Czasem możemy zwyczajnie zignorować czyjeś wybory i bezwzględnie obstawać przy swoim, ale zwykle – zwłaszcza w związkach – próbujemy jednak znaleźć jakieś wyjście pośrednie, coś, co zadowoli obie strony. „Życie to sztuka kompromisów” – mówi stare przysłowie. I rzeczywiście, zasady dobrego wzajemnego współżycia bazują na drobnych ustępstwach i poszukiwaniu mitycznego złotego środka. Tak, aby wilk był syty i owca cała…
Jednak życie to nie bajka o wilkach i owieczkach. I nie wszystkie dylematy i konflikty sprowadzają się do wyboru filmu, który z chęcią obejrzą oboje partnerzy. I nie zawsze rozwiązania są tak oczywiste, a kompromisy tak proste do ustalenia.

Ona i on – młodzi, zakochani w sobie ludzie, łączą ich wspólne pasje i wartości. Zaręczyli się, ale ślub wciąż jest odkładany. Bo ona chce zamieszkać w mieście A, a on w mieście B. Każde z nich ma swoje argumenty, które jednak nie przekonują drugiej strony. Na miasto C też nie mogą się zdecydować. Od żartobliwych sprzeczek i docinków doszło do sytuacji patowej – ona A, a on B i nie ma zmiłuj.
Mój przyjaciel komentuje: „To proste. Niech rzucą monetą.” Patrzę na niego pytającym wzrokiem, sondując czy kpi czy o drogę pyta. Ale on tak na poważnie. „Skoro jedno chce w lewo, a drugie w prawo i nie potrafią się dogadać, to zostaje już tylko moneta” – mówi i podpiera się autorytetem znanych psychologów, którzy głosili takie teorie.
A we mnie się gotuje. Moneta? Czy ja chciałabym spędzić resztę życia w mieście X tylko dlatego, że tak zadecydował metalowy krążek? Czy potrafiłabym się pogodzić z faktem, że wszystkie argumenty i uczucia zostały pokonane przez orzełka i reszkę? Może gdyby chodziło o jakieś błahe i w zasadzie równoważne opcje, to zdałabym się na wyrok ślepego losu, ale w sprawach istotnych i zasadniczych?!… „A jakie inne rozwiązanie widzisz, jeśli nie moneta?” – pyta znów on…

Jeśli od dziesięciu lat robię coś w określony sposób i do tej pory było dobrze, to dlaczego teraz mam to zmieniać? Bo druga strona tego chce, bo ona widzi w tym problem? Czy to ja mam się dostosować czy też ona powinna się wykazać akceptacją i zrozumieniem? Gdzie leży granica takiego docierania się? Kiedy warto szukać kompromisu za wszelką cenę, a kiedy rzucić monetą albo… dokonać ostrego cięcia kończącego trudną znajomość?…

„Oni są jakby z dwóch różnych światów” – słyszy się czasem o jakiejś parze, która różni się statusem, aparycją, wykształceniem, preferencjami, zachowaniem… Ale tak naprawdę każdy człowiek nosi w sobie swój odrębny świat, do którego może zaprosić drugą osobę – i ona może się tam zadomowić, może przyjąć zasady w nim panujące albo próbować wszystko w nim zmienić. Czasem czyjaś obecność w moim świecie może wprowadzić tam porządek, wydobyć to, co dobre, rzucić inne światło w pewne kąty… ale może też narobić bałaganu, wyrzucić sprzęty oknem albo wszystko poprzestawiać. Jak daleko posunięte zmiany jestem gotów dokonać w moim świecie, aby drugiej osobie dobrze się tam mieszkało? A kiedy lepiej ją wyrzucić jak nieproszonego gościa, który nie potrafi uszanować gospodarza?

„Jeśli ktoś chce, to się zawsze dogada.” – mawiają. Zwykle rzeczywiście udaje się znaleźć takie rozwiązanie, które przynajmniej w pewnym stopniu zadowoli obie strony. W ostateczności zostaje moneta. ;-) Zbyt często jednak podstawowym problemem jest właśnie to chcenie… Chęć spędzenia miłego wspólnego wieczoru (nawet jeśli uważamy drugą stronę za kompletnego kinematograficznego ignoranta) czy wręcz całego życia (choć nie w mieście X jak byśmy tego pragnęli)…

16 Komentarze

  1. Chciałbym to jakoś inteligentnie i fajnie skomentować, ale nie umiem. Cokolwiek bym nie powiedział/napisał, to już napisałaś, ale innymi słowami. X’D

    Rzeczywiście kompromisy są super, pod warunkiem, że żadna ze stron nie jest pokrzywdzona (ew. w równym stopniu niezadowolona, bo potem można wspólnie narzekać ;) ).

    Głupia sprawa: z moją narzeczoną nie mam problemu z wyborem filmów, bo nie lubi komedii romantycznych. Haha.

  2. Bycie z kimś to zawsze sztuka kompromisu. I nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Po dziesięciu latach robienia czegoś zawsze tak samo chętnie to zmienię. Nawet, jeśli zaraz wrócę do swego. Przynajmniej spróbuję

    • No to gratuluję otwartości! Bardzo cenię ludzi, którzy chcą czegoś spróbować, zobaczyć, skosztować – zamiast z góry zakładać, że to nie dla nich albo że ich sposób jest lepszy i już. Niestety tych drugich jest chyba troszkę więcej…

  3. Sztuka kompromisów jest trudna, ale gdy ludzie chcą być razem to zawsze znajdą sposób, czasami ktoś ustąpi w jednym, ktoś inny w drugim.
    Najgorzej chyba kończą sie próby zmiany tej drugiej osoby na własną modłę, chyba że jedna strona jest dominująca, a drugiej to nie przeszkadza.
    Ile par, tyle rozwiązań. Na studiach miałam koleżankę, która uwielbiała tańce, jej mąż nie znosił, więc ustalili, że na imprezy z tańcami ona chodzi sama, za to kino lubili takie samo…

    • Oczywiście, że szczęśliwa para to niekoniecznie taka, która wszystko zawsze robi razem – sztuka kompromisu czasem przejawia się właśnie w tym, że pozwalamy drugiej stronie na własną przestrzeń i czas na swoje hobby (a my w tym czasie realizujemy swoje). Na pewno to lepsze niż zmuszanie kogoś do rezygnacji z własnych pasji.

  4. Czasami można się dogadać lub pewne rzeczy robić osobno (tańczenie, kino czy niektóre wyjazdy). Jednak, gdy zaczynają się spory o sprawy generalne, życiowe, to kompromis nie jest rozwiązaniem. Trzeba się wtedy poważnie zastanowić nad byciem razem.

  5. O i tutaj pojawia się problem. Kiedyś gdzieś przeczytałam coś w stylu „Przyznałem jej rację, bo łatwiej było mi stracić argument niż stracić ją.” no i w sumie można by to zaadaptować do sytuacji, którą opisałaś. Sama nigdy nie miałam takiego problemu, więc ciężko mi powiedzieć, co bym sama zrobiła. Moneta? Nie, dziękuję. Za bardzo nie lubię, kiedy nie jest po mojemu, ale w sumie z drugiej strony – łatwiej byłoby mi zaakceptować opcję, która nie jest moja, ponieważ przypadek tak zadecydował, a nie m ój przegrany argument.
    Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, gdzie chciałaby pójść na studia, bo przeciez nie tu, gdzie teraz studiujemy. Powiedziała, że planując życie we dwoje, nie ma innej opcji, jak zrezygnować z tego, co się chciało robić. Czy aby na pewno? W końcu to nie może być tak, że rezygnujesz z własnych planów, bo musisz je teraz układać we dwójkę i twoje idą do kosza. Ciężko mi się w sumie wypowiadać, bo sama w takiej sytuacji nie jestem i kto wie, co bym w końcu wybrała?
    Koniec końców, ta moneta wcale nie brzmi tak źle…

    • „Przyznałem jej rację, bo łatwiej było mi stracić argument niż stracić ją.” – to piękne słowa. Faktycznie, czasem w związkowych sporach można się zapędzić za daleko, postawić na swoim za wszelką cenę, kosztem czegoś znacznie istotniejszego…

      Ale nie zgadzam się z Twoją koleżanką. Kompromisy – tak, rezygnacja z siebie – nie. Ustępstwa nie polegają na wyrzuceniu swoich planów, pasji czy ambicji do kosza. Nawet jeśli teraz jej to nie przeszkadza, to może przyjść czas, że będzie miała swojemu partnerowi za złe, że tyle straciła przez ten związek…

  6. kompromis nie jest rozwiązaniem na dłuższą metę. to nie jest sytuacja, że obie strony wygrywają. to odwrotność – obie strony przegrały.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.