NIE!

„Nie” to jedno z pierwszych słów, które nauczyliśmy się wypowiadać jako małe dzieci. Musieliśmy opanować je bardzo wcześnie, by móc z całą stanowczością zamanifestować całemu światu (czytaj: rodzicom), że coś nam się nie podoba, czegoś nie chcemy robić, coś nam nie smakuje i tak dalej… Równie często słyszeliśmy „nie” sami. Nie zjadaj psiej karmy, nie wkładaj paluszków do kontaktu, nie wyciągaj śmieci z kubła…
Wychowując dziecko „nie” to podstawa. Bez „nie” nie sposób zapewnić mu bezpieczeństwa i zdrowia. Między innymi tego słowa używamy też by kształtować jego charakter, zachowania, nawyki… Całkowity brak „nie”, czyli tzw. bezstresowe wychowanie, może skutkować tym, że wyrośnie nam mały egoista, człowiek nie przystosowany do funkcjonowania w normalnym świecie.

„Jestem wdzięczny wszystkim, którzy powiedzieli mi NIE,
to dzięki nim ukształtowałem siebie.”
/Albert Einstein/

„Nie” możemy usłyszeć od rodziców czy przełożonych, znajomych i przyjaciół, ale i od obcych ludzi. Czasem to zakaz, czasem odmowa, czasem dobra rada…

Są „nie” dobre i „nie” złe. „Nie” można powiedzieć z miłości, z chęci pomocy i ochrony. Można też powiedzieć „nie” z chamstwa, złośliwości, braku zrozumienia. Również sprawa, której dotyczy odmowa może być dobra i zła.
Jednak niemal zawsze „nie” jest trudnym doświadczeniem – odmowa boli, zakaz irytuje… Zablokowanie naszych dążeń, planów i marzeń poprzez „nie” prowadzić może do buntu, rozpaczy, irytacji czy załamania. Pogodzenie się z odmową z kolei wymaga pokory, wytrwałości, czasem przebaczenia…

„Nie” jednak niemal zawsze jest rozwojowe – zmusza do bycia kreatywnym, do szukania innych ścieżek czy sposobów. Czasem dzięki temu odkrywa się coś zupełnie innego. To „nie” a nie „tak” nas kształtuje i hartuje.
Czasem „nie” działa jak przynęta – wszak zakazany owoc smakuje najlepiej. Więc im więcej „nie” napotykamy, tym bardziej staramy się, żeby swój cel osiągnąć, żeby te przeszkody jakoś pokonać. Czasem z kolei uruchamia się mechanizm „zamknęli przede mną drzwi, to wejdę oknem” – odmowa, zakazy czy trudności potrafią zmotywować do szukania innych dróg czy celów.

Umiejętność mówienia „nie” to sztuka. Bo nie zawsze jest to proste. Odmowa bliskiej osobie czasem nie potrafi przejść nam przez gardło. Bojąc się reakcji drugiej strony, nie chcąc jej urazić czy przysporzyć jej kłopotów, dajemy się wykorzystywać, rezygnujemy z własnych poglądów i preferencji, bo nie mamy odwagi powiedzieć stanowczego „nie”.
A „nie” jest potrzebne. Oczywiście nie takie egoistyczne, agresywne czy krzywdzące. Ale takie, które wyznacza bezpieczne granice, chroni mnie i Ciebie, jest ostrzeżeniem albo strażnikiem prawdy i dobra…

A Wy wolicie „nie” powiedzieć czy usłyszeć?…

35 Komentarze

  1. Witam Cię serdecznie.
    Oczywiście, że łatwiej jest powiedzieć NIE, niż je usłyszeć.
    Ale wszystko zależy od sytuacji.
    Tak się składa, że ja wczoraj o tej porze opublikowałam tekst z NIE w roli głównej.
    Zapraszam więc do siebie.
    :-)

  2. W stosunku do dzieci używałam „nie” tylko w sytuacjach, gdy ich zachowanie ewidentnie szkodziło im lub innym. Nie było wiele tego „nie”, alr za to te, które były, egzekwowałam bardzo stanowczo. Mój ex, natomiast, odpowiadał im „nie” nawet zanim skończyli pytanie. Tak jest po prostu wygodniej dla rodzica – zabronić i nie ryzykować. Nadmiar „nie”, jednak, zwalnia z odpowiedzialności. Jeśli nie trzeba podejmować samodzielnych wyborów, łatwo przez całe późniejsze życie przerzucać winę na innych.
    Rzadko słyszę „nie”, ale też nie często o coś proszę. Rzadko komuś odmawiam, tylko, gdy muszę i bardzo boli mnie, jeśli wtedy moja odmowa odbierana jest jako nieuzasadniona złośliwość lub wygodnictwo.

    • Zgadzam się, że nadmiar „nie” może być równie szkodliwy co jego niedobór. „Nie” powinno być jak drogowskaz – stawiane tam, gdzie jest potrzebne, nie częściej i nie rzadziej. I nie bez sensu.

  3. Nie jest łatwo powiedzieć NIE, jeszcze trudniej usłyszeć, ale tak jak piszesz, jedno i drugie może byc pożyteczne, zależnie od sytuacji.
    Mówiąc NIE powinniśmy jednak posiadać odpowiednie argumenty, bo nikt nie lubi sławetnego NIE BO NIE i koniec.
    Nie każdego także usłyszane NIE zmotywuje do działania, dla pewnej liczby osób będzie to usprawiedliwienie dla własnego lenistwa lub nieporadności.
    Ciekawy temat :-)

  4. A ja nie jestem taka przekonana, że NIE jest niemal zawsze rozwojowe, jak napisałaś. Chyba że rozumiesz to jako zamienianie NIE na TAK, czyli zamiast „nie śmieć” proponujesz ” śmieci wrzucaj do kosza”.

    • „Nie” jest rozwojowe w takim sensie, że zmusza do zastanowienia się. Obojętnie czy chodzi o to, że ktoś zabronił mi wyrzucić śmieci tam, gdzie mi wygodnie, czy ktoś nie dał mi pracy o jakiej marzyłam, czy też odmówił pomocy przy malowaniu płotu. Muszę pomyśleć nad innym rozwiązaniem, nad tym co zrobić w nowej sytuacji…

  5. Myślę, że to NIE nie musi mieć znaczenia wyłącznie pejoratywnego. Praktycznie każdy z nas chciałby podczas trudnego egzaminu ustnego usłyszeć od egzaminatora podpowiedź NIE, zamiast niepokojącej ciszy.
    Znałem rodziców, którzy wychowywali swojego malucha dość radykalną metodą. Bardzo rzadko mówili mu NIE, ale zawsze przekroczenie tego zakazu wiązało się z przykrymi konsekwencjami, maluch oparzył się wrzątkiem, i żelazkiem, poznał działanie prądu, spadł z roweru, itd., Jednak już dość szybko zorientował się, że warto słuchać rodziców i w sytuacjach spotkania się z czymś nowym szukał wzrokiem tych od NIE. Teraz ma 33 lata, nie pali, nie pije, nie ma nałogów, jest naukowcem, i … wychowuje swoje dzieci podobną metodą.

    • Mam w bliskim otoczeniu dwie rodziny z małymi dziećmi. Jedni trzymają córkę „pod kloszem”, pilnują, upominają itp. – dziecko słyszy „nie” co dwie minuty i… praktycznie już przestało na nie reagować. Z kolei druga rodzina pozwala synkowi na naprawdę dużo (oczywiście w granicach rozsądku i bezpieczeństwa), więc maluch szybko nauczył się, że „nie” znaczy „nie” i nie ma co dyskutować. :-) Nie wiem, co z nich wyrośnie w przyszłości, ale po cichu myślę, że ta druga metoda jest chyba skuteczniejsza… ;-)

      • Nie ma metod uniwersalnych. Wystarczy, że dziecko jest chore na ADHD, albo „cuś” podobnego, i szlag trafia całą pedagogikę. Temu akurat ta metoda wychowawcza posłużyła, ale są i wady, stał się skryty, nieśmiały, zbyt ufny i tolerancyjny, itd. itp. Ot, taki konserwatysta (tfu, tfu, tfu ;) )

        • Nawet na zdrowe dzieci nie ma uniwersalnych metod. Ba, nawet na rodzeństwo czasem nie da się stosować tych samych! Dlatego wychowanie dzieci jest sztuką i… wiecznym eksperymentem. ;-)

  6. Przy pierwszym dziecku często używałam NIE przy drugim już zbastowałam bo nie mamsilu cały dzień gadać tego NIE tamtego NIE zabieram potencjalne niebezpieczne rzeczy i niech robią co chcą.
    Osobiście nie lubię słyszeć NIE zawsze wtedy strzelam Focha jak mi się odmawia :) Tak samo jak moje dzieci :)

  7. Moje dziecko jest właśnie na etapie NIE…
    -ubierz się – NIe
    - zjedz obiadek – NIE
    - załóż buty – NIE

    I tak można w nieskończoność. Nie bardzo rozumiem tę „rozwojowość” w tym przypadku, ale jak widać każdy człowiek ten etap musi przejsc :)
    pozdrawiam

    • Czyżby bunt dwulatka? ;-)
      Dziecko też musi poznać nie tylko wymowę, ale i znaczenie oraz moc słowa „nie”. A że dla rodziców bywa to męczące i frustrujące… taki etap rozwoju. Na szczęście większość z tego wyrasta. ;-)

  8. Wszystko zależy, jak „nie” się powie. Jeżeli nie jest zamykające i nie zostawiające żadnego wyjścia, wtedy nie będzie rozwojowe. Jeżeli usłyszymy, że w ten sposób lub tą drogą „nie”, to wiemy, że są inne drogi i sposoby na tak, wtedy „nie” będzie rozwojowe.

    • Zawsze jest inna droga, nawet brak drogi można traktować jako pewien rodzaj drogi… Oczywiście każda sytuacja jest inna i jedno „nie” drugiemu nie równe…

  9. Nie wolę „nie” w konkretnej postaci. Zależy jaka jest sytuacja.
    Sama odmowa/samo zaprzeczenie od dziecka kształtowało we mnie małego buntownika. Kiedy usłyszałem do rodziców słowo „nie”, robiłem, co zakazane po cichu. Wychodziło różnie, ale nie mówię, że nie było warto.
    Większość doświadczenia, nawet w najgłupszych rzeczach jak to, żeby nie wsadzać palców do kontaktu, nabyłem sam – z bólem mniejszym, większym albo żadnym. Czasami ochrzanem od rodziców czy znajomych, nauczycieli, ale wcale nie czuję się z tym źle. Może nawet lepiej, jeżeli w niektórych przypadkach to „nie” się zignoruje i spróbuje coś zrobić mimo wszystko. :)

  10. A ja naiwna myślałam, że pierwszym słowem dziecka jest „moje!” albo „chcę” a tu proszę – rozważania o „nie”. Nie mam cierpliwości do wychowania bezstresowego, nie widze powodu, by je stosować, nie wyobrażam sobie życia bez „nie” ;)

    • Są dzieci, których pierwszym słowem jest „lampa”. (Autentyk!) Więc różnie to bywa. ;-) Ale faktem jest, że „nie” (choćby niewerbalnie) dzieci opanowują naprawdę bardzo wcześnie. :-)

      • Zawsze dobrze, by dziecko poznało słowo „nie”, pewne zakazy, normy.
        Może nie zawsze się to przydaje, bo (choćby w moim przypadku) bywa tak, że dzieciak, niezależnie od wszystkiego i tak się buntuje i doświadczenie zdobywa sam. Warto jednak chociażby młokosom przemówić, że „na rozpoczęcie/zakończenie roku nie idzie się w jeansach”. Później to się rzeczywiście przydaje, bo na maturze albo na inauguracji roku akademickiego, rozmowie o pracę, można się najeść wstydu. ;)

  11. Ciekawy temat podałaś. Rodzice często nadużywają tego słówka w stosunku do dzieci, w sensie – nie i koniec, kropka. Dziecko wtedy tylko czuje bunt. Trzeba mówić „nie”, ale wyjaśniając dlaczego, jakie będą konsekwencje itd., a także jakie będą korzyści, jeśli postąpi się inaczej. To działa bardziej i nie tylko na dzieci;)

  12. Tak jak napisałaś – odmowa boli. Strasznie nie lubię komuś odmawiać. Czuję się przez to niepewnie. Jest to dla mnie tak nieprzyjemne doświadczenie, jak upominanie się o własne pieniądze.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.