Kocham Cię bezustannie (tylko z przerwą obiadową)

„Ludzie listy piszą – zwykłe, polecone. Piszą, że kochają, nie śpią, klną, całują się…” Bzdura. Nikt już dziś nie pisze listów. Nawet maile stają się przeżytkiem – wysyłamy je tylko w sprawach służbowych. A prywatnie ograniczamy się do sms’ów czy wiadomości wysyłanych za pośrednictwem różnych komunikatorów. Epistolografia odchodzi do lamusa…

Na dnie komody mam schowane pudełko z listami. Listy są starannie poukładane, przewiązane wstążeczkami. Tyle tylko, że… od ładnych kilku lat nie przybył tam żaden nowy liścik. Wszystko to pamiątki z moich młodzieńczych lat… Trochę lepiej miewa się zbiór pocztówek – wciąż mam wąskie grono znajomych, które z wojaży po świecie posyła tradycyjne kartki. Jednak zdecydowana większość woli przekazać wakacyjne pozdrowienia mms’em. Łatwiej, taniej, szybciej i bezproblemowo. A że mms’a nie powieszę nad biurkiem ani nie użyję jako zakładki do książki… cóż, życie.

Może właśnie dlatego tak wyczekiwałam premiery książki „Najlepiej w życiu ma Twój kot” będącej zbiorem listów Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza. Udało mi się ją zdobyć już dwa dni po premierze i od tego momentu trudno mi było się od niej oderwać…

Tytułowe „kocham Cię bezustannie (tylko z przerwą obiadową)” to naturalnie fragment listu Szymborskiej. Jedno z wielu pięknych choć nietypowych wyznań miłości, które możemy znaleźć we wspomnianej książce. Bo choć ich listy traktują o zwykłych codziennych sprawach, to są niewątpliwie listami miłosnymi. Zapiskami dwojga stęsknionych za sobą osób. Brak w nich jednak przesadnej dosłowności, za to sporo uroku, pewnej dozy nieśmiałości i przede wszystkim humoru. „Cały wdzięk tych listów polega na tym, że intymność jest ubrana w formę ironiczno-żartobliwą, spod której wynika cała miłość i wzruszenie – mówi o wydanym zbiorze korespondencji Ewa Lipska. I trudno się z nią niezgodzić.
„Korespondencja dwojga świetnych pisarzy? Oczywiście tak. Zapomnijmy jednak na chwilę, że chodzi o przyszłą noblistkę i jednego z najznakomitszych prozaików polskich. Przede wszystkim bowiem jest to listowny dialog miłosny. (…) Żarliwość łączy się tu w niezrównany sposób z dyskrecją, humorem, autoironią. (…) Nie czesto bywa nam dane obcowanie z tak niezwykłymi i pięknymi ludźmi. Nieczęsto też możemy z tak bliskiej i nieoczywistej perspektywy spojrzeć na tamten bezpowrotnie miniony świat.” – pisze z kolei Tomasz Fiałkowski w posłowiu.

Czytelnik czuje się trochę tak, jakby podglądał przez dziurkę od klucza – wszak czytamy czyjąś prywatną korespondencję, nieproszeni wkraczamy w intymną relację dwojga bardzo bliskich sobie ludzi… Jednak dzięki tej książce nie tylko mamy niezwykłą okazję poznać dwoje sławnych ludzi „od kuchni”, ale też zakosztować smaków życia i świata, które już nie istnieje. My już nie czekamy z utęsknieniem na telefon czy list, nie posyłamy telegramów i ekspresów, nie usychamy z tęsknoty i nie zamartwiamy się brakiem wieści od ukochanej osoby, gdy poczta nawala… Pisząc wiadomość nie zawracamy sobie głowy papeterią ani nie wkładamy do koperty zasuszonych kwiatów czy liści… I chyba też już nie potrafimy tak pięknie pisać o miłości…

Ostatnio uświadomiłam sobie, że gdyby nie fakt, że listę zakupów wciąż jeszcze sporządzam odręcznie, to chyba nie miałabym pojęcia, jak wygląda charakter pisma mojego własnego faceta. ;-) Wspomnienie pierwszych miłosnych listów, które wąchało się i całowało, trzymało pod poduszką i czytało do wytarcia papieru pozostanie zapewne już  właśnie tylko wspomnieniem. Niezrozumiałym dla moich dzieci czy wnuków…

14 Komentarze

  1. Widziałam książkę w Empiku, wzięłam do ręki, przeczytałam kawałek i przyszło właśnie zastanowienie – czy wypada czytać cudze listy po tak niedawnej śmierci autorki…
    Mieszane uczucia miałam gdy wydano drukiem pisma Wojtyły, mimo zastrzeżenia, aby zostały prywatnymi, ale Dziwisz złamał ostatnią wolę autora…
    Co innego, gdy listy dotyczą spraw twórczości, wspólnych działań publicznych itp. ale tak osobiste?
    Znając moich bliskich pewnie dostanę w prezencie i z pewną nieśmiałością przeczytam, ale….
    Mailuję z kilkoma osobami prywatnie, wysyłam i dostaje pocztówki, jedynie listy papierowe chyba faktycznie przeszły do lamusa…

    • W posiadaniu tej korespondencji jest Fundacja Wisławy Szymborskiej, która została założona na mocy testamentu Noblistki. (Zgodnie z jej ostatnią wolą, w Zarządzie Fundacji zasiadają Teresa Walas, Michał Rusinek i Marek Bukowski.) Czy jednak Szymborska wyraziła zgodę na publikację jej listów czy też nie – nie wiem…
      Decyzji Dziwisza też się bardzo dziwiłam. Choć rzeczywiście jest to dylemat – w obu przypadkach są to ważne i cenne pisma. Choć prywatne…

  2. Ja mam tradycję, że wysyłam do kilku koleżanek kartki świąteczne:) Za każdym razem dostaję odpowiedź, że jest im niezmiernie miło iż pamiętałam o nich w ten „stary”, zapadający w przeszłość sposób:)

    • Ja też na Święta wciąż wysyłam życzenia pocztą tradycyjną. Ale coraz częściej dostaję podziękowanie telefonicznie czy sms’em… nawet w przypadku osób z pokolenia moich rodziców czy dziadków.

  3. Ostatni list, a właściwie liścik dostałem w 2012 r. od ślicznej dziewczyny, podczas egzaminu IBM-owskiego. Pierw rzuciła mi upojne spojrzenie, a potem pstryknęła zwiniętym liścikiem prosząc o … ściągę. Trochę mnie ten liścik rozmarzył, ale kilka tygodni później, bezmyślnie stukając w klawisze służbowego kompa, zacząłem przeglądać stare blogi. I wtedy zauważyłem, że nasza korespondencja blogerska żyje nadal. Oczywiście blogi się zmieniają, adresy URL także, ale w końcu można dotrzeć do komentarzy, które się wymieniało z „Vredną kokoszką”, lub „Walpurgiem” na przełomie wieków (1998-2004 r.). Co najdziwniejsze to to, że wrażenia są prawie takie same jak przy czytaniu starych listów, szczególnie, gdy tych osób już nie ma wśród żywych. Chyba więc czeka nas wirtualna przeszłość. ;)
    Pozdrawiam

    • Odesłałeś ściągę czy na tym „korespondencja” się zakończyła? ;-) Swoją drogą jakbym dobrze poszukała, to znajdę jeszcze gdzieś takie liściki z czasów szkolnych, które podrzucało się, gdy nauczyciel nie patrzył… :-)

  4. Ekhm… „Nieśmiało” wspomnę, że jestem nikim, bo piszę listy. Tak. Co prawda też do jednej osoby, ale odpisuje. Płakać mi się chce z żalu, że tak mało; płakać z radości, bo tak wiele. Sama mówiłaś, choć trochę przeinaczę – mało osób pisze listy.

    Swoją drogą fajne znalazłaś cudo. Osobiście, dostałem ostatnio w ręce taką książkę z opowiadaniami, że nie mam siły czytać już nawet gazety. Tak mi serce zgruchotały te opowiadania, o! Wszędzie tylko ból, żal i strata, dlatego znowu robię sobie dłuższą przerwę w czytaniu.

    A pan Tomasz Fijałkowski… Czy to ten Fijałkowski od „Antipolis”?
    Uczył mnie j. polskiego w Liceum, mieszka u mnie w mieście ;)
    Kochany człowiek, inny.

    Trzymaj się ciepło, bo coś się cholera coraz zimniej robi…~

    • No to jesteś tym (chlubnym) wyjątkiem potwierdzającym regułę. ;-)

      „Antypolis” napisał Tomasz Fijałkowski, a ja cytowałam Tomasza Fiałkowskiego. Choć też się zawahałam po przeczytaniu Twojego komentarza i aż musiałam to sprawdzić. :-P

  5. To już wiem, co sobie zażyczę pod choinkę.
    A ja należę do tych dziwaków, którzy jeszcze piszą zwykłe listy na papierze.
    Coraz rzadziej, ale jednak…
    Pozdrawiam serdecznie.

  6. To prawda, ludzie listów już nie piszą – szkoda. W pisaniu i otrzymywaniu listów – szeleszczących, pachnących, było coś niesamowitego – magia;)
    Ja koresponduję z trzema osobami – mailowo, co prawda, ale kartki świąteczne w rodzinie i ze znajomymi, wysyłamy koniecznie papierowe.
    Książka, którą opisujesz, z pewnością ma w sobie to coś, co zaciekawia za w czasu.

  7. Ja też wciąż przechowuję plik listów, które pisaliśmy do siebie, gdy mój mąż był w wojsku :)
    Moje listy były opatrzone rysunkami, więc nie tylko słowo, ale i grafika ;)

    Serdeczności ślę :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.