Drugi raz do tej samej rzeki?

Nie powinno się dwa razy wchodzić do tej samej rzeki – tak mawiają ci, którzy nie mają ochoty ponownie się czymś zajmować, odnawiać starej znajomości czy wracać do innych rozdziałów swojego życia, które uznali za zamknięte. Nadspodziewanie często fraza ta jest używana w kontekście związków – nie próbuj wracać do byłego albo starać się odzyskać swoją ex, bo taki odgrzewany kotlet to nic dobrego.
Abstrahując od tego, że tak użyty zwrot jest niepoprawny merytorycznie - bo Heraklit mówił jasno, że NIE DA SIĘ dwa razy wejść do tej samej rzeki (woda płynie i tamta, w której kąpaliśmy się poprzednio już nie jest tą, do której wchodzimy dziś) i nie ma to nic wspólnego z tym, czego chcemy czy też co się powinno bądź nie – to jak to jest z tymi powrotami? Warto czy nie?

Kilka miesięcy temu poznałam O. – chłopak miły, przystojny i całkiem dobrze rokujący, zaliczyliśmy kilka romantycznych spacerów i kilka długich rozmów przy kawie – kto wie, jakby się historia skończyła, gdyby O. pewnego popołudnia nie zadzwonił z informacją, że… jego była postanowiła do niego wrócić. On ponoć długo rozmyślał co z tym fantem począć, ale finalnie postanowił swojej ex dać drugą szansę. Także ten tego… adios, arrivederci, sayonara, good bye, hasta la vista… ;-)
Nie uroniłam ani łezki, wszak ze mną nie spędził nawet dwóch miesięcy, a z nią miał na koncie jakiś 6 wspólnych lat. Ja na jego miejscu… w sumie to nie wiem, co bym zrobiła na jego miejscu, bo żadne wyjście chyba nie byłoby dla mnie oczywiste i jednoznaczne. Z jednej strony skoro po tak długim czasie się rozstali, to chyba nie bez powodu, prawda? Z drugiej zaś, może warto wyczerpać wszystkie możliwości naprawienia tego, co budowali? Czy ten powrót scali ich relację czy tylko opóźni jej agonię?
Jak potoczyły się ich losy pewnie się już nie dowiem, ale przecież podobnych historii jest sporo. Ludzie postanawiają wrócić do siebie – czasem po tygodniu, czasem po wielu latach… Czy to ma sens?

Czytając powojenne wspomnienia raz po raz natykamy się na historie współmałżonków, którzy odnaleźli się dopiero po wielu latach wojennej zawieruchy, obozów, zsyłek itp. Spotkali się jako zupełnie inni ludzie, z bagażem bolesnych doświadczeń i przebytych trudów, a mimo to decydowali się kontynuować to, co wspólnie zaczęli gdzieś, kiedyś, w innej rzeczywistości… W innej rzece.

Obiło mi się też o uszy kilka historii, gdy jakaś przelotna szkolna miłość czy wakacyjny romans potrafiły zapłonąć nowym (i tym razem niegasnącym) ogniem, gdy para spotykała się ponownie po latach. Zakochani mówią, że wtedy to nie był odpowiedni czas, nie byli gotowi itd., a po latach docenili i tym razem już potrafili zadbać o swój związek. Ponowne wejście do tej samej, choć już przecież innej, rzeki im posłużyło.

Z Ł. rozstawaliśmy się i wracaliśmy do siebie nie wiem już ile razy. Przy pierwszym rozstaniu oboje wylaliśmy morze łez, a powrotowi towarzyszył wybuch namiętności. Kolejne były już bardziej „nijakie”, aż w końcu chyba sami nie wiedzieliśmy, jaki jest faktyczny status naszej relacji. Wtedy miotały mną sprzeczne emocje, dziś wiem, że była to tylko strata czasu. Ten związek nie miał prawa się udać, choćbyśmy się schodzili jeszcze pińcet razy. I całe szczęście, że w jego życiu pojawiła się inna kobieta, dla której postanowił przestać taplać się wciąż w „tej samej” rzece. Ja niedługo potem poszłam w jego ślady i żałować mogę jedynie tego, że nie uczyniliśmy tego wcześniej.
I takich historii jest (nie)stety chyba więcej. Gdy miotani wciąż żywymi emocjami i uczuciami, nie pozwalamy drugiej osobie odpłynąć w kierunku innych rzek i strumyków. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że nasza wspólna woda już odpłynęła, nasz czas minął i pora poszukać innych dopływów. Naiwnie liczymy, że przy którymś kolejnym podejściu powróci to, co utraciliśmy w odmętach rzeki…

Wejść do TEJ SAMEJ rzeki po prostu nie sposób. Warto o tym pamiętać, gdy ponownie do niej wskakujemy, chcąc odzyskać utraconego partnera, związek i miłość – jesteśmy już innymi ludźmi i w innym miejscu swojego życia… A najlepiej przemyśleć to zanim się finalnie rozstaniemy…

A jakie są Wasze kąpiele i przemyślenia? ;)

17 Komentarze

  1. To już gdzieś pisałem, więc nie chciałbym się powtarzać i tylko częściowo nawiążę do Twojego pytania. Myślę, że wszystko zależy od naszych wspólnych oczekiwań jakie definiujemy w stosunku do każdego partnera (związku). Bo przecież wchodząc do rzeki też mamy różne oczekiwania, chcemy się np.: umyć, popływać, ochłodzić, „zaszpanować” innym, popełnić samobójstwo, albo … skorzystać z toalety. ;)
    Pozdrawiam świątecznie.

    • „Bo przecież wchodząc do rzeki też mamy różne oczekiwania, chcemy się np.: umyć, popływać, ochłodzić, „zaszpanować” innym, popełnić samobójstwo, albo … skorzystać z toalety.” – trudno o lepsze podsumowanie związków, nie tylko tych „odgrzewanych”, ale w ogóle wszystkich. :-) You made my day!

  2. Kiedyś bym napisał, że nie ma sensu wracać do dawnych miłości, coś było, coś się skończyło, nie ma sensu odgrzewać. Teraz nie jestem już tak jednoznaczny w swoich sądach, bo wiem, że ludzie i sytuacje są tak diametralnie różne, że …. wszystko zależy.

  3. Zgodzę sie z Hegemonem, że nie można chyba jednoznacznie wyrokować, jesteśmy różni, mamy inne oczekiwania, sami często nie wiemy, jaka będzie nasza reakcja po latach.
    Podobnie jest z rodzinami marynarzy, nie każda kobieta nadaje sie na żonę marynarza, niektóre nie wyobrażają sobie przejścia męża na emeryturę i jego stałej obecności w domu.
    Jeśli rozstanie miało mocne powody, to chyba nie warto zaczynać od nowa…
    Moje doświadczenie w tym względzie jest żadne, bo ja monogamiczna jestem ;-)

  4. Poznałam kiedyś człowieka, który już na samym początku znajomości powiedział właśnie tak – że nie da się dwa razy wejśc do tej samej rzeki, i że on do zakończonych związków nigdy nie wraca. Byliśmy razem jakiś czas, sporo nawet. I poznał kogoś innego, skończyło się. NIby pozostaliśmy w kontakcie, ale co to za znajomość… po kilku latach coś mnie tknęło, i widząć go na jakimś komunikatorze po prostu rzuciłam uwagę, że mam nadzieję, że jest zdrów i szczęśliwy, w ogóle nie oczekując odpowiedzi.

    I teraz, w czasie realnym, on nadal mówi, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Bo ta rzeka teraz jest znacznie ciekawsza, głębsza i ma więcej do pokazania. Bo kto inny już przecież wchodzi…

  5. Myślę, że drugą szansę warto dać zawsze, kiedy mamy wątpliwości. Więcej szans to już desperacja. Czasem rzeczywiście potrzebujemy pewnej dojrzałości, żeby stworzyć silny związek z osobą, z którą w przeszłości nam nie wyszło. Znam niejedną taką historię.

    Po sobie wiem też, że jeśli ktoś skrzywdzi raz – może nie skrzywdzić drugi raz, ale jeśli skrzywdzi dwa razy – z pewnością skrzywdzi trzeci, piąty i dziesiąty raz. Kwestia tego, czy chcemy dawać się krzywdzić.

  6. No dobra… powiedzmy, że raz jeden jeszcze można spróbować. RAZ. Z reguły te „razy” się nie udają i wychodzi z tego straszny kapuśniak. Dwa razy próbowałam ten „raz” i potem plułam sobie w brodę, więc… znasz moje zdanie ;)
    Pozdrawiam :)

  7. Wiele lat temu, po roku znajomości z moim, wówczas nie mężem, rozstaliśmy się ponieważ na horyzoncie pojawiła się jego dawna wieloletnia miłość. U nich okazało się, że powroty się nie udają, to już było nie to. Może związek ze mną na to wpłynął? W każdym razie my wróciliśmy do siebie po pewnym czasie i za chwilę będziemy świętować 28 lat udanego związku. Tak więc z tymi powrotami nie ma reguły, choć więcej przykładów pokazuje, że się nie udają.

    • No właśnie, pisząc ten post miałam przekonanie, że takie powroty to jednak nie najlepszy pomysł, a tu proszę – z komentarzy wynika, że takie „drugie podejście” może skutkować szczęśliwym i długim związkiem. :-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.