Najgorsza praca na świecie

Dziś na blogu wyjątkowo trochę prywaty… zapraszam! :)

- Złamana – stwierdza lekarz znudzonym tonem.
- Yhm – potwierdzam, choć na zdjęciu rentgenowskim niewiele widzę, ale od dziecka wpajano mi, że póki obolałą kończyną można ruszać, to luz, nie jest złamana. No a moją ruszać się nie da, spuchła i boli.
- Gdzie się Pani tak urządziła? W pracy?
- Nie, na treningu.
- A co Pani trenuje?
- Pole dance.
- A co to jest?
- No, taniec na rurze. – odpowiadam i widzę po minie lekarza jak przetwarza informację, że dziewczyna, która przed nim siedzi, spędziła piątkowy wieczór tańcząc na rurze i złamała przy tym nogę… Lekarz jednak nie decyduje się kontynuować wątku i wraca do tematu pracy:
- Potrzebuje Pani L4?
- Nie.
- Jak to nie? Nie pracuje Pani?
- Pracuję. Ale z domu. Więc nie potrzebuję zwolnienia.
- A czym się pani zajmuje?
- Jestem informatykiem – odpowiadam ogólnikowo, bo z doświadczenia wiem, że tłumaczenie szczegółów mogłoby potrwać.
- A to najgorsza praca na świecie! – lekarz nagle się ożywia.
- Niby dlaczego? – pytam jednak lekko zdziwiona.
- Bo siedząca! Kręgosłup Pani wysiądzie. I wzrok! Taka praca jest zabójcza dla kolan i nadgarstków. – wymienia jednym tchem – Zobaczy Pani za kilka lat!
Zastanawiam się, czy aby nie przypomnieć mu, że on też nie ruszył się zza biurka od ładnych paru godzin, przyjmując kolejnych pacjentów. I że kontuzji nabawiłam się podczas ćwiczeń, więc jednak zdarza mi się wstać od komputera.
- Takie czasy – wzdycham zamiast tego i próbuję wrócić do tematu złamanej kości.

lekarzPraca zdalna – bo o niej Wam dziś troszkę opowiem – ma swoje plusy i minusy. A do tego w każdym plusie jest jakiś minusik, a w każdej wadzie jakiś pozytywny aspekt. ;-) Ale po kolei…
Pracuję w domu, moim narzędziem pracy jest komputer. Obsługuję różne firmy z całej Polski i kilka zagranicznych. W większości są to wielkie firmy, których loga każdy z Was dobrze zna. Tłumaczenie, czym dokładnie się zajmuję trochę by potrwało, więc napiszę ogólnikowo, że obsługuję pewien system informatyczny – kiedyś głównie go wdrażałam, dziś częściej serwisuję i szkolę użytkowników, pomagam im w przypadku awarii itp. Czasem oczywiście muszę do któregoś klienta pojechać, ale większość rzeczy udaje się załatwić zdalnie. Pracuję więc w domu. Czasem z ogrodu. ;-) Albo z innego miejsca, gdzie jest internet.

Praca a choroba
Jak już wspomniałam, w przypadku pracy zdalnej, złamana noga nie implikuje zwolnienia chorobowego. Bo przecież nie muszę się martwić śliskimi chodnikami, zatłoczonymi autobusami, biurowcami bez windy i całą masą logistycznych aspektów – pracuję spokojnie z własnej kanapy, pilnując zaleceń, by nogę trzymać w górze. Podobnie jest w przypadku przeziębienia czy innych dolegliwości – muszę być naprawdę obłożnie chora, by jednak wziąć zwolnienie. Z jednej strony to wielki plus, nie ma problemu zastępstw czy nawarstwiających się zaległości, nie przemęczam się ani nikogo nie zarażam… No ale czasem człowiek chciałby zwyczajnie poleniuchować, wykpić się od pracy nagłą grypą…

Praca a obowiązki domowe
Tak, przyznaję, zdarza mi się nastawić pranie albo szybko umyć podłogę w godzinach pracy. Nie marnuję czasu na pogaduszki z koleżankami z biura, nie łażę po piątą kawę, nie przeglądam dyskretnie facebooka czy pudelka – jak mam akurat wolną chwilę, idę obrać ziemniaki. Oczywiście są dni, gdy przez cały dzień nie mam nawet czasu zrobić sobie herbaty, ale nie jest tak codziennie. I znów – z jednej strony to wielki atut pracy z domu, bo przy dobrej organizacji udaje mi się coś niecoś zrobić w ciągu dnia i nie muszę się potem wieczorem tak „gonić” ze wszystkim. Z drugiej – osobom postronnym wydaje się, że skoro ja „siedzę w domu”, to mogę im dziecko odebrać z przedszkola, zadzwonić do stolarza albo przygotować trzydaniowy obiad… nie rozumieją, że praca jest taka sama, niezależnie, gdzie stoi biurko, przy którym pracuję.

Praca a motywacja
Zwykle, gdy komuś opowiadam, jak wygląda moja praca, to jednym z pytań jest to, jak sobie radzę z motywacją, czy mi się chce, jak zmuszam się do pracy, skoro nikt nade mną nie stoi… Pamiętam, że gdy zaczynałam pracować w ten sposób, wpadałam ze skrajności w skrajność – albo w ogóle nie mogłam się zabrać do pracy albo harowałam od świtu do nocy nie potrafiąc sobie powiedzieć „ok, koniec, fajrant”.
Znam osoby, które pracując w domu, stwarzają sobie pozory „normalnej pracy” – ubierają się „biurowo”, robią pełny makijaż, mają osobny pokój przeznaczony wyłącznie do pracy, do którego zabraniają wchodzić rodzinie itp. Są też tacy, którzy z lubością chodzą cały dzień w piżamie, siedzą z laptopem w pościeli i pracują w atmosferze totalnego luzu i prywatności. Ja jestem chyba gdzieś po środku – staram się nie straszyć swoim wyglądem, choć nikt mnie nie widzi, ale równie często co przy biurku, pracuję z kanapy, z kuchni, z tarasu…

Praca a podróże
Skoro możesz pracować z domu, to możesz z każdego innego miejsca, prawda? Prawda. To czemu nie wyniesiesz się na Bali albo w Bieszczady?… I tu wracamy do punktu wyjścia: ja PRACUJĘ z domu, a nie SIEDZĘ  w domu. Jeśli więc poleciałabym na Kanary, to minimum 8h siedziałabym w hotelu robiąc to, co robię tu i nie wiem, czy wieczorny spacer po plaży zrekompensowałby mi poniesione koszty logistyczne i inne. Ale owszem, skłamałabym mówiąc, że taki tryb pracy nie zwiększa mojej mobilności – ostatnie kilka miesięcy rzeczywiście spędziłam poza Polską (niestety nie w ciepłych krajach), a przy innej pracy byłoby to znacznie utrudnione, a może wręcz niemożliwe.

Praca a samotność
Tak, tak, jest też czynnik ludzki. W „normalnej” pracy spotyka się LUDZI. I nawet jeśli jest to nielubiana koleżanka i wredny szef, to jednak jest do kogo mordkę otworzyć. No i w ogóle człowiek wyjdzie z domu, w tramwaju czy w windzie poobserwuje współobywateli, od razu jest o czym na blogu napisać. ;-) W tej kwestii mam nieco pod górkę. Kontakt ze współpracownikami mam, ale głównie telefoniczny, mailowy czy skype’owy. Czasem to mało, czasem aż nadto. ;-)
Dlatego w czasie wolnym staram się to nadrabiać. Uprawiam sport, spotykam się ze znajomymi, podróżuję, spędzam aktywnie czas… Z ludźmi. I poza domem.

praca

Bywa, że tęsknię za „normalną pracą”, ale gdy czasami zdarza mi się na kilka dni zawitać do biura (rzaaaaadko), stwierdzam, że jednak bym się już nie zamieniła. Mnie taki tryb bardzo pasuje, z różnych względów (nie tylko tych, o których wspomniałam powyżej), choć zdaję sobie sprawę z pewnych wad. To na pewno nie jest praca dla każdego. Ale najgorsza na świecie to ona na pewno nie jest, panie doktorze!

22 Komentarze

  1. A wiesz, że ostatnie zmiany w mojej pracy powodują, że czasami też wolałabym pracować w domu, w moim zawodzie to jednak niemożliwe…
    W każdym miejscu pracy są plusy i minusy, najważniejsze chyba, by oprócz godziwego wpływu na konto, praca przynosiła jednak choć trochę satysfakcji i zapewniała rozwój…

    • Różnie w tej naszej pracy bywa, ale spędzamy w niej zbyt dużo czasu, by się tylko tam „męczyć”. A satysfakcja finansowa to jednak nie wszystko.

  2. Najgorszą pracą na świecie dla innej osoby może być np. właśnie praca lekarza. Każdy ma różne predyspozycje, każdy robi, co mu odpowiada. Jesteś informatykiem i ok, co w tym najgorszego? Ten lekarz to nie wie chyba, ilu ludzi spędza w domu czas przed laptopami, komputerami i telewizorami. Też siedzą i wzrok może im się pogorszyć. Zresztą, lekarze też korzystają w swojej pracy z komputera, choć może w małym stopniu. Moim zdaniem przesadził. Wszystko ma swoje plusy i minusy.

    • Prawda jest taka, że papierkologia w zawodzie lekarza zwiększa się z roku na rok. Lekarz na SORze badał mnie może minutę, a dokumentację wypełniał dobry kwadrans – gdzie tu logika, gdzie sens?
      A co do tej najgorszej pracy, to nie wzięłam sobie tego do serca – wielu ludzi ma się gorzej, ja bym się nie zamieniła…

  3. Ja też sporą częśc mojej pracy wykonuję zdalnie, z domu, i właściwie nie za bardzo to lubię – wolę tę drugą część, gdy musze pojechać do ludzi i z nimi pracować na miejscu, u nich. ALe jedno bez drugiego nie istnieje… za to mogę sobie czasem pozwolić na urlop bez urlopu, byle tam gdzie pojadę jest wifi.
    A co do pole dance – moja teściowa o mało nie umarła, gdy ze trzy lata temu kupiłam córce rurę pod choinkę. DLa niej to miało jednoznaczne konotacje.

    • Ja też wciąż i wciąż spotykam się ze zdziwionymi minami albo dwuznacznymi uśmieszkami, gdy mówię, co trenuję… A mama, która robi takie prezenty pod choinkę to skarb! :-)

  4. No to teraz rozumiem dlaczego w komentarzach szło nam tak opornie. ;) Od ponad 20 lat też nie bardzo wiedziałem jak tłumaczyć jaki mam zawód, więc mówiłem … informatyk. Po maturze, na przełomie lat 60/70′ ub.w., chciałem zostać psychotronikiem, ale kierunek przejęło wojsko i zaproponowano dwa równoległe kierunki: elektronikę i psychologię. Psychologia mnie znudziła, ale elektronika właśnie rozwijała się cyfrowo i zaczęło się. Jednak romantyczne tête-à-tête z komputerem skończyło się, gdy pojawił się Windows 95, i zabił DOS-a. W zasadzie jestem serwisantem hardware’u, ale wiadomo, że przy uruchamianiu trzeba także znać soft. Początkowo pracowałem na linii serwisowej, ale gdy skończyły się seryjne wyroby, zaczęły się zlecenia. Testowanie różnych programów wymaga stałej obserwacji, więc pracodawca uznał, że nie ma sensu trzymać firmy „pod parą”, gdy specjaliści siedzą nieruchomo. I tak mi zeszło prawie 20 lat pracy zdalnej. Zdalnej, bo równocześnie pracowałem jako psycholog, nauczyciel, elektronik, itd., itp., …

    • Ludzie, gdy słyszą „informatyk” to zwykle pytają „czyli naprawiasz komputery, tak?”, ewentualnie obstawiają, że jestem programistą lub że tworzę strony internetowe. Ale z drugiej strony miałam już tyle nieudanych prób wyjaśnienia, co ja przy tym komputerze robię, że już mi się trochę odechciało… ;-)

      • No to Ci współczuję, bo jak rozumiem, zajmujesz się tą najważniejszą częścią informatyki, czyli organizacją, tworzeniem, przetwarzaniem i przekazem informacji. W latach 90′ też mnie do tego zmuszano, bo większość pracowników albo się żegnała krzyżem na widok komputera, albo obchodziła go szerokim łukiem, nie potrafiąc go nawet włączyć. Jednak z dużym sentymentem wspominam te ciągle zawieszające się DOS-owe programy (Chiwriter, TIG, prymitywne Excelle, NortCom, .itp.) i rozpacz dyrektorów, gdy po wymianie sprzętu (albo oprogramowania) tracili dostęp do uprzednio zagregowanych informacji. Teraz zresztą też to jest problemem.
        Pozdrawiam.

        • Może trudno w to uwierzyć ale nadal są ludzie, którzy żegnają się przed komputerem, boją się obsługiwać niektóre programy itp. itd. Czasem jest to strasznie irytujące, gdy użytkownik nie potrafi nawet ze zrozumieniem przeczytać komunikatu… ale z drugiej strony między innymi dzięki nim mam na chleb. ;-)

  5. Obaj moi synowie pracują, jak Ty, przy czym z jednym z nich mieszkam i nawet czasem mu pomagałam, więc doskonale wiem, o czym piszesz.

    Bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się napisać tę notkę :)

    • Obiecałam napisać o pole dance a zeszło na robotę… ;-) Ale w sumie już od dawna myślałam o tym, by trochę o tym moim „siedzeniu w domu” naskrobać. No i jest. :-)

  6. Po 15 latach miałam tak dość ludzi (szczególnie garstki oszołomów) że teraz z przyjemnością siedzę w domu i jest fajnie , bardzo fajnie

  7. Tez pracuję w domu – i tego czego naprawdę najbardziej mi brak, to codziennego kontaktu z ludźmi, dlatego zapisuję się na różne szkolenia czy inne zajęcia „wyjściowe”, by spotkać więcej ludzi. Ale do racy do biura bym nie poszedł…

  8. tak, znam temat…pracuję przy komputerze, może to słaba praca jeśli chodzi o kręgosłup, ukłony w stronę lekarza, ale daje niezależność…tak wiem, znam to, że jesteś w domu to i dzieci ogarniesz i obiad i kurze i wszystko…ale ja wypracowalam sobie inne podejscie. bylo trudno i paradoksalnie nie z mezem ;)

    • Praca fizyczna też może nie być zdrowa dla kręgosłupa i innych części ciała…
      No ale ale! Może zdradzisz swój patent? Jakie podejście sobie wypracowałaś? :-)

  9. [a przy której figurze złamałaś łapkę? czy może przy zmianie i spadłaś? bo jedyna kontuzja, jaką dotąd widziałam to był właśnie wybity bark, bo siś dziewczyna przeliczyła z siłami] kwestia gustu – znajoma szachistka wspominała zawsze z łezką w oku obozy szachowe, gdzie zmuszano ich, młodziutkich i aspirujących, do długich godzin gimnastyki w imię zdrowego kręgosłupa – wszystko się da. A o pracy zdalnej się nie wypowiem, bo widziałam tylko same opłakane przypadki, dodatkowo wiem, że sama się nie nadaję, więc obym nigdy nie musiała. …to jaka to była figura?

    • Wstyd się przyznać, ale uderzyłam stopą o rurę przy rewersie, czyli jednej z najprostszych figur – po prostu chwila nieuwagi czy zmęczenie (bo były to już ostatnie minuty 1,5-godzinnego treningu). I palce złamane. :-( A z invertów też już mi się zdarzyło ze dwa razy spaść, ale jakoś obyło się bez kontuzji. :-)

      Ty też tańczysz na rurce? :-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.