Klient nasz pan

Niedawno na Instagramie natrafiłam na ankietę, w której pytano o najbardziej denerwującą i nielubianą grupę społeczną. Tak, tak, bloger był jedną z częstszych odpowiedzi. ;-) Na liście znaleźli się i telemarketerzy i feministki i autobusowi kontrolerzy biletów… Wszystkie typy przebił jednak… klient. :-)

Kto kiedykolwiek wykonywał pracę „z ludźmi”, wie doskonale, że nikt i nic nie potrafi tak wyprowadzić z równowagi, jak właśnie klienci (względnie petenci, pacjenci… wiadomo o co chodzi). Przyjdzie taki i albo sam nie wie czego chce albo ma wygórowane wymagania, nie docierają do niego wyjaśnienia, ma gdzieś procedury, potrafi być niemiły czy wręcz agresywny… Oj, długo by wymieniać.
Jednocześnie równie często, a może nawet częściej, stajemy po drugiej stronie. Jesteśmy klientami w sklepie, urzędzie, przychodni czy u fryzjera. I chcemy być fachowo i uprzejmie obsłużeni. A tymczasem tu ekspedientka jest niemiła, tam urzędnik niekompetentny, a ogólnie wszyscy są leniwi i nie potrafią się wykazać zrozumieniem…
No tak, każdy kij ma dwa końce, a każda interakcja z klientem dwa punkty widzenia…

Pod moim ostatnim postem o różnym podejściu lekarzy do pacjentów [klik] pojawiło się wiele komentarzy mówiących o zawodach z powołania. Utarło się mówić, że właśnie lekarz, ale też nauczyciel czy ksiądz, powinien mieć do swojej pracy powołanie, czyli wykonywać swoje obowiązki sumiennie, z zaangażowaniem i przede wszystkim powinien to czynić z sercem, z oddaniem. Ale czy innych profesji już to nie dotyczy? Oczywiście, nie wymagamy od hydraulika czy kasjerki żeby ubóstwiali swoją pracę i się w niej spalali, ale jednocześnie nie akceptujemy niskiego poziomu obsługi. Gdy wpuszczamy do domu ekipę remontową, to nie pytamy, czy panom się nie chciało uczyć za młodu czy też praca w budowlance była ich marzeniem od wczesnego dzieciństwa, ale oczekujemy, że wykażą się starannością, uczciwością, fachową wiedzą i doświadczeniem. No a w praktyce bywa różnie…

Kiedyś byłam z przyjacielem na zakupach. W zwykłym spożywczaku. Sprawunki niewielkie, ale trochę się zagadaliśmy i do kasy dotarliśmy już kilka minut przed zamknięciem. On wykłada towar na taśmę i oświadcza ekspedientce, że będzie płacił bonami. Ona się delikatnie rzecz ujmując zdenerwowała, bo to dłużej trwa, a oni już zamykają. No ale ok, skasuje. Chyba z tego pośpiechu potem dwa razy się pomyliła, musiała stornować, co trwało jeszcze dłużej i jeszcze bardziej ją zirytowało…  Chciałam jakoś rozładować sytuację, ale nie wiedziałam jak. Było mi jej trochę żal, pomyślałam, że pewnie jest zmęczona, może się spieszy na autobus do domu… Mój towarzysz jednak oceniał sytuację inaczej – ma prawo zrobić zakupy w godzinach otwarcia sklepu i dokonać płatności w dozwolonej formie, a ekspedientka nie powinna robić focha, tylko grzecznie go obsłużyć, bo między innymi z jego zakupów jest finansowana jej pensja.
Myślę, że tym zdaniem, świadomie bądź nie, dotknął sedna problemu. Pensja. Za wykonywanie swoich obowiązków służbowych każdy z nas otrzymuje wynagrodzenie – obsługiwanie klientów nie jest wyrazem altruizmu czy jedynie dobrej woli sprzedawcy, to jego powinność. Jeśli więc ktoś zachowuje się jakby klientowi „robił łaskę” i traktuje go jak intruza, to zdecydowanie jest to spore nadużycie. Ale automatycznie pojawia się pytanie, gdzie zaczyna się i kończy zakres służbowych powinności – czy np. uśmiech jest obowiązkiem wobec klienta czy tu już zaczyna się postawa proaktywna? Czy fakt, że kasjerka została na stanowisku 5 minut dłużej, by dokończyć kasowanie było wyrazem jej dobrej woli czy też powinnością?

Standardy pracy i obsługi klientów zmieniają się. Podczas gdy w jednych firmach wprowadza się obostrzenia i ograniczenia, aby nie pozwolić klientowi „wejść sobie na głowę”, w innych wymaga się od pracowników postawy do absurdu proklienckiej. Pracownicy często przechodzą specjalne szkolenia, by nauczyć się wymaganych zachowań, formułek a także tego, czego należy unikać. Takie wytyczne potrafią czasem być naprawdę szczegółowe i wymagające.
Standardy standardami i procedury procedurami, ale każdy z nas jest inny. Jedna osoba oczekuje, że sprzedawca podbiegnie do niej zaraz po wejściu do butiku, a inną irytuje, że nie może w spokoju pooglądać ubrań bez czujnego spojrzenia i ponawianego „czy mogę w czymś pomóc? czego Pani szuka?”. Dla niektórych częścią kosmetycznego rytuału są pogaduszki z fryzjerką czy manicurzystką, a inni wolą się poddać zabiegom w ciszy i spokoju. Niektórzy klienci doceniają, gdy ktoś im doradza, tłumaczy, informuje o promocjach, a inni czują się taką obsługą wręcz zaszczuci….

Na jednej z rozmów kwalifikacyjnych zostałam zapytana, jak radzę sobie z tzw. „trudnymi klientami” (bo wbrew pozorom w mojej pracy wchodzę w interakcję nie tylko z komputerem, ale też z licznymi klientami, użytkownikami, managerami etc.). Odpowiedziałam, zgodnie z moimi przekonaniami, że… nie ma czegoś takiego, jak „trudny klient”. Że to tylko słowo-wytrych, taki worek do którego wrzuca się różne problematyczne sytuacje, niemiłe zajścia, trudności pojawiające się na projektach i personalne zatargi. Oczywiście, są osoby czy wręcz całe organizacje, które generują ilości problemów przeczące rachunkowi prawdopodobieństwa, a wówczas inwektywy czy określenie „trudny klient” aż same cisną się na usta. Tylko… co to daje? Jesteśmy nadal w punkcie wyjścia, bo przyklejenie łatki nie posuwa nas ani krok do przodu. Znacznie lepiej, choć trudniej, jest przeanalizować konkretną sytuację i dla danego problemu szukać rozwiązania, wyjaśnienia, kompromisu…

Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, miewamy problemy i gorsze dni. Dziś obsługujemy innych, jutro sami będziemy klientami czy petentami. Dlatego warto pamiętać o wzajemnym szacunku, opanowaniu, wyrozumiałości i… uśmiechu. To nic nie kosztuje. A karma wraca. ;-)

34 Komentarze

  1. Bardzo ciekawa jest ta konkluzja, że tak naprawdę nie ma trudnych klientów. To stwarza całkiem nową perspektywę spojrzenia na obsługę. Chociaż ci poza rachunkiem prawdopodobieństwa są naprawdę trudni, ale są to wyjątki, a mamy tendencję do wrzucania zbyt wielu do worka „trudny klient”.
    Twój wpis zbiegł się akurat ze szkoleniem, które prowadziłem z komunikacji wewnatrz-zespołowej i zewnętrznej z klientem. I ten wzajemny szacunek, unikanie pochopnego oceniania oraz uśmiech bardzo ładnie wyszedł w podsumowaniu…

    • Zdarzało mi się, że klient „trudny” z czasem przeradzał się w klienta niemal idealnego. ;-) Okazywało się, że problemy wynikały np. z braku zrozumienia, jakiś obaw czy innych czynników, które wcale nie było ciężko wyeliminować, a gdy to się już stało to reszta projektu przebiegała spokojnie i wzorcowo. Dlatego upieram się przy tym, że trudna może być sytuacja a nie klient… ale to oczywiście moje zdanie laika. ;-)

  2. Chyba trafiłaś w sedno problemu, bo gdy nie wiadomo o co chodzi to zawsze chodzi o kasiorę. Gdyby jeszcze uwzględnić to, że sprzedawczynię w hipermarkecie (np. za 900 zł. netto) od sprzedawczyni np. w sklepie jubilerskim, albo w banku (za 9.000 zł.) dzieli przepaść, czasami nie do przebycia, to już mamy odpowiedź w miarę obiektywną.
    Piszesz, że kasjerka tracąca 5 min. na upartym kliencie skończy pracę także najwyżej 5 min. później, jednak nie jest to prawdą. Te 5 min. na kasie, może urosnąć do 30 przy zdawaniu raportu kasowego, i do 2-3 godzin na przyjazd kolejnego autobusu pracowniczego.
    Trudny sprzedawca i trudny klient to faktycznie problem na razie nierozwiązywalny systemowo.

    • No właśnie chyba nie zawsze wartość towaru ma bezpośrednie przełożenie na pensję sprzedawcy….
      A co do tych pięciu minut, to oczywiście zdaję sobie sprawę, że czasem mogą stanowić ogromną różnicę. Sama mam dni, gdy pilnie potrzebuję wyjść o 16:00 i do klienta, który dzwoni 15:57 mam ochotę strzelać bez pytania, a w inne dni spokojnie mogę zostać nawet godzinę dłużej i nie ma z tym problemu.

      • Podałem te skrajne przykłady, bo jednak sprzedawca i sprzedawca to nie to samo. Sprzedawca w hipermarkecie nie ma obowiązku (w zasadzie!) informowania o produktach i doradzania klientom. Po to jest hipermarket z niższymi cenami, aby klient obsłużył się sam! Sprzedawca np. wielomilionowego kredytu bankowego powinien klientowi doradzać, podać kawę z ciastkiem, wyprowadzić jego pieska na spacer, przyprowadzić samochód z parkingu, itd., itp. – bo za to mu (sprzedawcy) płacą. I tu chyba jest odpowiedź na podniesione wątpliwości.

        • Z jednej strony się zgadzam, bo trochę inną transakcją jest zakup pęczka rzodkiewek a inną nabycie najnowszego ferrari, więc i obsługa siłą rzeczy jest różna w obu przypadkach. Ale z drugiej strony to już trochę pachnie równymi i równiejszymi…

        • Nie da się urządzić tego zdemoralizowanego świata bez podziału na równych i równiejszych, bo przecież innych kwalifikacji wymaga sprzedanie kredytu bankowego (studia, czasem kilka fakultetów, znajomość psychologii, perfekcjonizm zawodowy, itd., ), a zupełnie innych sprzedanie rzodkiewek.
          Może też nie jest to tylko kwestia kwalifikacji, ale także wymagań i oczekiwań pracodawcy. Na ogół od sprzedawczyni w hipermarkecie oczekuje się jednoczesnego działania w różnych częściach sklepu, powinna być w magazynie, w BOK (Biuro Obsł. Klienta), wykładać towary, uzdatniać towar do sprzedaży, sprzątać, znać j. obce, prawidłowo odnosić się do klienta, robić inwentaryzację, itd., Pewnie dlatego w hipermarketach są wakaty …
          No i najważniejsze, klienci powinni jednak wiedzieć gdzie się znajdują, bo gdy mają koszyk w ręce, albo pchają wózek, to sprzedawca jakby już dla nich nie istnieje.

          • Moja aluzja do równości dotyczyła raczej klientów – tego, że siłą rzeczy inaczej jest obsługiwany klient elegancko ubrany przeglądający półki z najdroższymi towarami, a inaczej jego przeciwieństwo… Ale ma Pan rację, że i po drugiej stronie lady tej równości brakuje…

  3. Obszar stosunków międzyludzkich, także w relacji usługodawca-klient, jest zawsze obszarem ryzyka. Ludzie są jedną wielką niewiadomą. Jednego dnia ten sam człowiek może być klientem (usługodawcą) idealnym, innego koszmarnym. To przecież zależy od tak wielu czynników, których przewidzieć się nie da. Zgadzam się z Tobą, że zalecenia, procedury są ok., ale na końcu i tak pozostaje kultura osobista i umiejętność empatii.

    • Tak jak napisałam w poście – każdy z nas jest inny i też inny rodzaj obsługi preferuje. Nie sposób dogodzić wszystkim. Ale kultura osobista i uśmiech, okraszone dozą cierpliwości potrafią uchronić przed wieloma trudnymi klie… to znaczy sytuacjami. ;-)

  4. bo tak jak piszesz wszystko zależy od miejsca siedzenia. gdy sami obsługujemy klientów, inaczej patrzymy na temat, jak w sytuacji, gdy stajemy po drugiej stronie lady :) no i wiadomo do każdej pracy trzeba mieć odpowiednie predyspozycje

    • Akurat w przypadku relacji klienckich to ten punkt widzenia potrafimy zmienić nawet kilka razy w ciągu dnia… i nie zawsze daje nam to do myślenia…

  5. Zawsze można jeszcze wywiesić kartkę „Tych klientów nie obsługujemy”. Pamiętasz to? :)
    O powołaniu zapomnij, ale masz rację: z każdym można się dogadać, jeśli się lubi ludzi. Po obu stronach można wykazać dobrą wolę i kulturę. To zawsze działa najbardziej:)

    • Takie listy klientów niepożądanych dalej są, tylko nikt ich nie wywiesza. Przecież pracownicy zapamiętują klientów agresywnych, na podwójnym gazie czy namolnych – i mają na nich oko, gdy tylko przekroczą próg. Ale wyrzucić ich nie mogą…

  6. Nie każdy ma to szczęście, że pracuje tam gdzie chce. I ja wchodząc do większości sklepów mam wrażenie, jakby pracownicy byli tam za karę. Siedzą znudzeni albo zmęczeni, poirytowani. No cóż, pracujesz tam, więc wypada się jakoś przyjaźniej zachowywać, tym bardziej, że ja zostawiam tam swoje pieniądze. Nie oczekuję jakiegoś tryskania radością, witania od progu z serdecznym uśmiechem na twarzy, ale trochę uprzejmości nikomu nie zaszkodzi. Tym bardziej, że sama staram się jakoś nie robić problemów. Nie lubię, kiedy ktoś mi się przygląda jak kupuję, albo łazi i czy mogę w czymś pomóc, czy mogę w czymś pomóc. Wkurzające niesamowicie, jak będę potrzebowała pomocy, to sama poproszę. Po tym, jak koleżanka, pracująca w sklepie obuwniczym kiedyś, opowiedziała mi, że niektóre przykazy mają z góry i choć wiedzą, że jest to denerwujące, to one po prostu muszą to robić. I teraz np. wiem, że nikt nie robi mi czegoś specjalnie, np. powtarza się jak z tą pomocą, tylko musi to robić. Jednym dogodzisz, drugim nie.

    • Mam znajomego, który lubi, a wręcz oczekuje, że po wejściu np. do butiku, ktoś z obsługi do niego podejdzie i zaoferuje pomoc. Uważa, że wówczas zakupy przebiegają sprawniej i milej, gdy nie musi szukać półki z krawatami, swojego rozmiaru koszuli czy gdzie są przymierzalnie, bo ktoś go w tym wyręczy. Docenia atencję sprzedawcy. Ja tymczasem zawsze grzecznie ale zdecydowanie odmawiam przyjęcia pomocy, wolę sama spokojnie przejrzeć wieszaki, a do obsługi zwrócić się tylko gdy rzeczywiście chcę o coś zapytać. Każdy klient jest inny i bądź tu sprzedawcą… ;-)

  7. Myślę, że każdy powinien traktować innych tak, jak chciałby byc traktowany. Trzeba też pamiętać, ze miewamy lepsze i gorsze dni, po obu stronach lady, czasami wystarczy uśmiech czy próba rozładowania sytuacji.
    Z drugiej strony, jeśli ktoś już pracuje, to bez względu na wynagrodzenie powinien swoja pracę wykonywać jak najlepiej, to nie moja wina, jako klientki, że szef sprzedawcy czy fryzjerowi źle płaci…nigdy nie wiadomo, kto z takiego podejścia do klienta zrobi użytek.

    • Oczywiście, zarówno sprzedawca jak i klient mogą mieć gorszy dzień, chore dziecko albo PMS, więc warto byś wyrozumiałym. Ale z drugiej strony jest to relacja biznesowa, należy wykazać się profesjonalizmem i kulturą osobistą, nikt nikomu nie robi łaski. Żadna skrajność nie jest dobra.

  8. …mam znajomego stolarza. Przyjmuje zlecenia tylko od ludzi ,którzy mu się podobają i którzy nie działają mu na nerwy. Na stwierdzenie :” klient nasz pan”…śmieje się rozbawiony. Ja mam coś , Ty masz coś. Nikt nikomu nie jest panem. Wzajemny szacunek jak Pani napisała, dobrze robi na wszelkie relacje międzyludzkie. Miło było przeczytać co Pani , widać że z namaszczeniem , napisała. Dziękuję.

    • Większość osób prowadzących własną działalność dąży właśnie do tego, by móc podejmować się tylko niektórych wybranych zleceń, a nie być zmuszonym brać to, co akurat jest… dotyczy to chyba niemal każdej branży. Jeśli ktoś jest naprawdę dobry w tym, co robi, wyrobił sobie renomę, to może sobie na to pozwolić, bez uszczerbku finansowego. Jednak pracownicy etatowi nie mają wpływu na wybór klientów czy zadań…

      PS: W czym odnalazła Pani to namaszczenie? ;-)

      • Namaszczenie…dopieszczenie, szacunek dla mnie,przez niedbałość o mnie to bardzo lubię. Drażnią mnie teksty pisane na pokaz, dla liczby, dla podlizania się ludziom…dla komentarzy . Lubię teksty pisane dla przyjemności rozmowy z samą sobą..i taki obraz intuicyjnie w tym tekście Pani dostrzegłam. Dla mnie pisane, zazwyczaj przesączone są obłudą, manipulacją,
        nieszczerością.

        Szlag mnie trafia na teksty jakim ostatnio popisał się Bautroczyk „Jarosław Kaczyński nie lubi kobiet, wiem to na pewno. Właśnie dlatego twarzami swoich rządów uczynił grupę agresywnych, bezczelnych, obłudnych, zakłamanych i brzydkich stworów. Kempa, Szydło, Mazurek, Pawłowicz, magister Przyłębska to zemsta Kaczyńskiego. Chce się być gejem”Wstrętne sprzedajne stworzenie. Mógł być zwyczajnym porządnym zapowiadaczem ale musiał z siebie zrobić szmatę…po co na co…nie wiem…niestety wielu jest jemu podobnych , którzy ni z gruszki ni z pietruszki wypalają z takich dział. Miałam kiedyś alfonsa, który filmował wszystko co się u niego działo i jakoś zaczynam dziwnie kojarzyć zbiegi okoliczności…Przepraszam za to wtrącenie o człowieku , który postanowił zostać szmatą.

        • Rzeczywiście, moje teksty nie powstają „pod publiczkę”, choć oczywiście jest mi niezmiernie miło, gdy ktoś te moje wypociny czyta i komentuje. :-) Po prostu obserwuję, nie oceniam, nie moralizuję…

          Wypowiedź Bałtroczyka pewnie w zamyśle miała być zabawnym żartem, ale jakoś to panu Piotrowi nie wyszło. Choć można się w niej doszukać ziarenka prawdy, to rzeczywiście jest obraźliwa dla tych pań i jest przekroczeniem pewnych granic. Ale czy nazywanie kogoś szmatą też nie jest?…

          • Zarzuciła mi Pani przekroczenie granic….a przepraszam….Kim ja jestem? Zwykłą dziwką ….Nieprawdaż? Wymagać od siebie mogę ją ale czy Pani….Nie sądzę.Przypomina mi się sytuacja gdy Korwin spoliczkował Boniego i oburzenie wielkie….Jak to….Kapusi się zabijało ,goliło na łyso wyrzucało na margines a Pani chce bym ich szanowała…Mam nadzieję że wyraziłam się jasno i zarzut o nieadekwatne słownictwo zostanie wycofany .

            • Jakoś nie mogę zasnąć ,dlatego dopiszę coś jeszcze.Próbowała Pani bronić … że może to żart,że nie wyszedł….Gdyby to było po pijaku na deptaku w Sopocie to ok ale to był wpis gdzieś w necie a trzeba nie posiadać nawet odrobiny rozumu,by w necie publikując nie myśleć o konsekwencjach. Było by wskazanym jak to drzewiej bywało by ktoś stając w obronie obrażonych pań rozkwasił nos nie znającemu zasad bo argumenty słowne chyba już nie poskutkują.

              • Ja też publikuję treści w internecie i również zdarzyło mi się (nie raz i nie dwa) być źle zrozumianą czy posądzoną o coś czego absolutnie nie miałam w zamyśle. Intencja i interpretacja nie zawsze idą ze sobą w parze…

                Nie mam ochoty wdawać się w polityczne spory, stronię od tego na blogu. Tym bardziej że sam post był na zupełnie apolityczny temat. A dziwki i szmaty w wypowiedziach mnie rażą i uważam je za zupełnie zbędne, może jestem staromodna.

  9. Poruszyłaś tu bardzo ciekawą kwestię i chyba nie mam czego dodać, za to skieruję sprawę na trochę inne tory ;D Otóż często zdarza mi się robić zakupy w sieci, która (póki co) ma w logo zielonego płaza i nagminnie spotykam zatrudnionych tam ludzi w różnym wieku, którzy nie potrafią powiedzieć „Dzień dobry/Dobry wieczór” oraz „Proszę” i „Dziękuję”. Nie wiem, czy zrzucić to na karby polityki firmy, która powinna zacząć prowadzić szkolenia na temat podstaw interakcji z ludźmi, czy zwyczajnego braku kultury osobistej :/ Trochę to smutne.

    • Zarzuca Pan brak kultury ludziom z „Żabki?”. Tak trudno napisać nazwę ? Może trzeba się dowiedzieć dlaczego nie mówią a tak nawiasem…jak nie maja na to ochoty ? Może żyć im się nie chce a może maja doła. Nie wiem czy czepiała bym się ,że ktoś jest autentyczny zamiast plastikowy…stawiam na autentyczność…wole uczciwie wrednych niźli nieuczciwie miłych ale to moje zdanie.

    • Już małe dzieci uczymy o istnieniu „trzech magicznych słów”, więc myślę, że powiedzenie „proszę” czy „dziękuję” powinno być czymś oczywistym, elementem kultury osobistej i nie bardzo rozumiem jak można usprawiedliwić np. brak „dzień dobry”. Z drugiej strony wygłaszanie wyuczonych formułek (życzenia miłego dnia, zaproszenie do ponownych zakupów etc.) czasem rzeczywiście brzmi tak sztucznie i nieszczerze, że milczenie byłoby już uczciwszym rozwiązaniem.

  10. Wróciłam z kolejnej wizyty w szpitalu. Trudny klient? Raczej trudny człowiek. Spotkałam się z taką masą niekompetencji, że jak jeszcze raz usłyszę, że pielęgniarki strajkują o 200 pln, to będę strzelać bez ostrzeżenia. Ale nawet w takim miejscu były kobiety, które miały podejście do dzieci i nie karały małych pacjentów za swoje nieudane życie. Niestety były w mniejszości. A co to ma do trudnego klienta? Otóż najbardziej roszczeniowe mamuśki, takie z twarzą wiecznie rozdartą, były obsługiwane natychmiast i bez fochów. No to skoro nas uczą, że tylko awantura zapewni jakiś poziom obsługi – to skąd zdziwienie potem?

    • Moja bliska przyjaciółka jest pielęgniarką i wiem ile serca i zaangażowania wkłada w swoją pracę. Ale nie wszystkie jej koleżanki po fachu mają podobne podejście. I tak jest chyba w każdym zawodzie…
      A co do awanturujących się klientów, to choć nikt ich nie lubi, to rzeczywiście są oni obsługiwani szczególnie szybko i troskliwie. A wnioski nasuwają się same…

  11. Dzień dobry. Kiedyś widziałam takiego mema ze strukturami korpo, przedstawiał on siedzące ptaki na kształt piramidy, jeden pod drugim na jakimś rusztowaniu no i siedzące ptaki – mówiąc kolokwialnie – srały na te co siedziały niżej. I tak wszystkie, jak nietrudno się domyślić najgorzej miały te na samym dole. Myślę, że to można odnieść nie tylko do korpo, ale do całego życia, ktoś mnie zgnoił, więc odreagowuję na innych, którzy w danej chwili są niżej ode mnie. Mam zły dzień w pracy, idę do sklepu i warczę. Kierownik na mnie warczał, więc ja warczę na klienta, bo akurat się nawinął.

  12. Dobry wpis i konkluzja :)
    A wiesz co mnie zawsze najbardziej wkurzało? To, że klient krzyczy czy to na urzędnika, czy to na jakiegoś doradę. A on krzyknąć nie może, bo… przecież jest w pracy. Musi wysłuchać. NO SZLAG MNIE TRAFIA. Jak w domu ludzie się na siebie drą, to potem się rozstają czy pozywają o znęcanie psychiczne, ale na kogoś, kto jest w pracy, to już można. Oczywiście.

  13. Oj doskonale wiem co znaczy „trudny klient”. Na samo wspomnienie go włoski na dłoniach staja mi dęba. Pracowałam w Avicie i przyłaził taki policjant. Zawsze się czegoś czepiał, a co było źle to mi się obrywało bo byłam w pobliżu. Zawsze był wściekły na coś na kogoś. A to szynka nierówno pocięta a to cenówka krzywo przyklejona, a to za mało puszek pepsi w lódówce… Można było oszaleć. Jak tylko wchodził wszystkie ekspedientki już stały na baczność.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.