Ach, co to był za ślub!

„Już mi niosą suknię z welonem,
Już Cyganie czekają z muzyką,
Koń do taktu zamiata ogonem,
Mendellsohnem stukają kopyta…”

Nie, spokojnie, nie zmieniam stanu cywilnego, na żadne weselicho też się nie zanosi. Ale pomarzyć można, prawda? ;-) No właśnie, jak wyglądałby mój wymarzony ślub? Szczerze powiedziawszy… nie wiem.

Za czasów naszych rodziców czy dziadków okres narzeczeństwa trwał zwykle od 3 do 6 miesięcy, rzadko dłużej niż rok. Dziś standardem są dwuletnie przygotowania – bo po pierwsze trzeba uzbierać fundusze, a po drugie: grafiki dobrych zespołów muzycznych czy fotografów są wypełnione na wiele miesięcy do przodu, salę też trzeba zarezerwować z dużym wyprzedzeniem. Do tego dochodzi milion innych spraw do załatwienia – od wyboru kroju sukienki, poprzez menu, na projekcie zaproszeń skończywszy. A przecież wszystko musi być dopięte na ostatni guzik, nie ma miejsca na przypadkowość i bylejakość. W końcu to ten jedyny, wymarzony, najważniejszy dzień życia. Musi być idealnie. Dlatego przygotowania do tej uroczystości trwają długo i pochłaniają niewyobrażalne ilości czasu, nerwów i oczywiście pieniędzy…

„Aranżacja zaręczyn należy wyłącznie do faceta. Ślub planuje się wspólnie.” – mawia mój przyjaciel. I choć mężczyzn zwykle niespecjalnie interesuje kolor serwetek czy wzór zawieszek na butelki, to jednak co do ogólnej wizji przyszli małżonkowie muszą się zgadzać. Znam parę szczęśliwych narzeczonych, którzy… rozstali się przed ślubem, a jednym z głównych powodów był kompletny brak porozumienia co do tego, jak i gdzie ślub oraz wesele mają się odbyć…

Mojemu znajomemu od zawsze marzyło się wesele w stylu amerykańskim. Element, na którym mu chyba z tego wszystkiego najbardziej zależało to… ucieczka pary młodej po 2-3 godzinach wesela. Niech oni się tam bawią, jedzą, tańczą i imprezują – a my sobie znikniemy żeby nacieszyć się sobą albo w ogóle od razu udać się w podróż poślubną (przy akompaniamencie puszek uderzających o asfalt, rzecz jasna). Jednak teściowie nawet nie chcą o tym słyszeć. O niewielkim drewnianym kościółku, o którym z kolei marzy przyszła panna młoda, też nie. Ślub ma być z pompą i w staropolskim stylu. A ponieważ to rodzice młodych „wykładają kasę”, więc to do nich należy ostatnie słowo…

Z kolei o ślubie mojej bliskiej koleżanki dowiedziałam się już po fakcie. Po prostu pewnego dnia, nie mówiąc nic nikomu, wybrali się do Urzędu Stanu Cywilnego. Obecni byli tylko świadkowie, nie było nawet rodziców. Wesela też nie. Młodzi chcieli by to był naprawdę ICH dzień. By nie musieli się stresować przygotowaniami, zadowoleniem gości, organizacją… Czyż to właśnie nie romantyzm w czystej postaci? Jednak krewni do dziś nie mogą im tego wybaczyć. Głównie tego, że z powodu braku wesela obie rodziny nie miały okazji się poznać…

Znam osoby, które marzą o ślubie za granicą. Wyjechać na wakacje i wrócić już jako mąż i żona. Uatrakcyjnić ślubne wspomnienia, łącząc je z  egzotyczną podróżą. To oczywiście dość kłopotliwe dla gości, o ile jacyś w ogóle są zaproszeni. Ale niektórym po prostu bardziej zależy na scenerii, wyjątkowości miejsca niż na obecności krewnych czy zadośćczynieniu tradycji.

Zresztą, jak to mawiają, „jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził” – i sprawdza się to również w kwestii zaślubin i wesela. Coś, co zachwyci kuzynkę, może zniesmaczyć teściową i odwrotnie. Pamiętam wesele moich przyjaciół – oboje są perfekcjonistami, więc każdy element mieli dokładnie przemyślany, przygotowany i dopracowany. I to było widać. Osobiście byłam pod wrażeniem organizacji i świetnie się bawiłam, ale… panna młoda opowiadała potem ze łzami w oczach że podsłuchała w damskiej toalecie rozmowy gości, którzy nie pozostawili na nich suchej nitki. Oberwało się jej nawet za fryzurę – prostą, dziewczęcą, nie przesadzoną i naturalną – „oho, chyba jej na fryzjera nie stać”.

Z drugiej strony, można planować i przygotowywać, a życie pisze własne scenariusze. Nie można zaplanować pogody, czasem zepsuje się ślubna limuzyna albo złamie obcas… Kiedyś np. nieoczekiwanie zostałam świadkiem podczas zaślubin, bo osoba która miała zgodnie z planem pełnić tę rolę… zapomniała wziąć do kościoła dowodu osobistego. Zresztą o tego typu „wpadkach” można by napisać osobny post. ;-)

Niezależnie od tego, czy goście będą zadowoleni, czy wesele się „zwróci” i czy obędzie się bez nieprzewidzianych sytuacji, najważniejsze pozostaje to… co po weselu. Nawet jeśli panna młoda zadba o coś nowego, coś starego, pożyczonego i niebieskiego oraz o inne ślubne przesądy i zwyczaje, to nie musi to być gwarantem udanego, szczęśliwego małżeństwa… Czasem po hucznym weselu następuje huczny rozwód.

Wiele par twierdzi, że ze swojego ślubu niewiele pamięta – tyle było stresu i emocji, że zarejestrowali tylko niektóre elementy, a resztę odtwarzają na podstawie zdjęć i relacji bliskich. Potwierdzacie czy nie? I jak oceniacie ten dzień z perspektywy czasu? Albo jak go sobie planujecie?

„Jeszcze ryżem sypną na szczęście
Gości tłum coś fałszywie odśpiewa
Złoty krążek mi wcisną na rękę
i powiozą mnie windą do nieba.”

16 Komentarze

  1. Po trzech ślubach i weselach, które organizowałam w ciągu kilku ostatnich lat, chyba moge zacząć zatrudniać sie jako ślubna konsultantka. Godzinami by opowiadać… lubię to, lubię organizować, lubie dopasowywać realia do wyobrażeń, lubię ten szał… za to bardzo nie lubię, gdy ta piosenka ( a piosenkę jako taką, jak włąściwie szystko zespołu 2+1, bardzo lubię) jest łączona z młodą parą – to bardzo smutna piosenka o niespełnionej miłości i ślubie z rozsądku. Nie wyobrażam sobie, by zabrzmiała na jakimkolwiek ślubie czy weselu….a chyba nie jeden raz brzmi. Smutne.

    • Taka pomoc przy organizacji to skarb, bo nie każdy ma do tego talent i predyspozycje, zwykle to tylko źródło stresu i nerwów… :-) A co do piosenki, to rzeczywiście nie jest ona „typowo ślubna”, choć niektórzy tak ją traktują…

  2. Na naszym zaproszeniu na ślub był mniej więcej taki tekst:” wesele przypomina artyleryjska salwę – dużo hałasu, a pożytku mało”. Dziwię się, że goście w ogóle przyszli :) Całe wydarzenie, ślub i przyjęcie, wspominam jako stresujące i męczące. Ciągle zaglądałam w różne kąty sali, czy wszyscy czują się zaopiekowani i zadowoleni. Sama się nie bawiłam, raczej markowałam zabawę.

  3. Punkt widzenia czasem nie zależy od punktu siedzenia, tylko od możliwości ;) Ja byłabym uszczęśliwiona, gdybym mogła w ogóle wziąć ślub z ukochaną osobą w naszym kraju, ale zawsze pozostają Czechy ;> Może nie jest to spełnienie marzeń, ale zawsze to coś :)
    I w sumie nie zastanawiałam się nigdy nad wymarzonym ślubem, pewne z tego względu, że Pan Młody nie był nigdy odpowiednim atraktantem ;D

  4. Śluby i wesela to temat rzeka, teraz nawet są firmy organizujące wszystko. Wiele zależy od budżetu. W moim otoczeniu obserwowałam różne śluby w ostatnich latach i bywało, że im większa pompa, tym szybciej był rozwód…
    Ale nie zawsze tak musi być. Czasem wszystko podporządkowane jest woli rodziców, bo oni płacą, a potem refleksje są różne. Ja teraz zrobiłabym inaczej, ale było, minęło. Podoba mi sie ta ucieczka w trakcie wesela, bo tak naprawdę jest ono dla gości :-)

  5. Nie brałam ślubu ani razu, byłam na dwóch weselach, po którym stwierdziłam, że o ile ceremonie mogę oglądać i w nich uczestniczyć, tak w weselach nie, zdecydowanie nie. Czasem wyobrażam sobie własny ślub, jak chciałabym żeby to było i na pewno nie pozwoliłabym się nikomu wtrącać, poza przyszłym mężem, bo wiadomo jemu też ma się podobać, a pozostałym nic do tego.

  6. a jak będzie wyglądał wymarzony rozwód ? O ślubach jest wciąż i wciąż i można się od tego czasem znudzić i zaczadzić trochę. Jak będzie wyglądała pierwsza odkryta niewierność, jak odwiedziny dziecka, którego on nie miał i mieć nie mógł bo był co najwyżej marzycielem . Jak będzie wyglądało ratowanie związku, który już w zgliszczach ale jeszcze nie w ruinie. Jednak jeśli mowa o ślubie…marzy mi się bym w tym pięknym momencie, przeglądała się w jej(w moim przypadku) jego oczach i by nie było tam nawet okruszka innej kobiety.Przede wszystkim mamusi.

    • W dniu ślubu chyba każda para wierzy, że oto w ich bajce przyszedł moment na „żyli długo i szczęśliwie”… ale życie pisze nieprzewidywalne scenariusze.
      Ponoć na zachodzie organizuje się już imprezy rozwodowe na wzór tych weselnych, ale osobiście w żadnej takiej nie uczestniczyłam…

  7. Miałam ślub życia. Wesela nie, bo za leniwi jesteśmy. Pojechaliśmy na Woodstock. A co do kosztów – bez urazy, każdemu jego fetysz – ale naprawdę dorośli ludzie pozwalają rodzicom za siebie płacić? To jak jedno z drugim chce być odpowiedzialne za rodzinę, skoro na starcie rodzice?

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.