Byłam już wszędzie, widziałam wszystko…

Wakacje zbliżają się wielkimi krokami, sezon urlopowy w zasadzie już można uznać za rozpoczęty, więc temat letnich wojaży coraz częściej wypływa w naszych rozmowach, planach i rozmyślaniach. Dokąd w tym roku? To pytanie pada i w niezobowiązującym small-toku (między sąsiadami czy współpracownikami) i podczas rodzinnych narad.
Na wybór destynacji składa się wiele czynników. Każdy z nas ma przecież inne możliwości finansowe, zdrowotne i rodzinne, inne preferencje co do formy spędzania wolnego czasu i wreszcie inne dotychczasowe doświadczenia podróżnicze.

Dokąd więc jechać?

Znowu tam?
Gdy jakiś miesiąc temu wylatywałam do Gruzji, wielu znajomych pytało „Do Gruzji? Ale czekaj, przecież Ty już tam byłaś, prawda?”. No tak, byłam. I mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę. ;-) Ale wielu ludzi nie widzi sensu w ponownej podróży do kraju, który się już raz odwiedziło. Bo po co? Byłam, widziałam, zaliczyłam.
Rzeczywiście, tyle jest na świecie pięknych, ciekawych destynacji, że podróżowanie wciąż i wciąż w jedno i to samo miejsce wydaje się być objawem ignorancji. Kolejny urlop na plaży w Darłowie? No daj spokój, czemu nie spróbujesz czegoś innego, nowego?

Tyle do zobaczenia…
Trudno jednak uwierzyć, że ktoś podczas jednego krótkiego urlopu poznał cały kraj. Istotnie, byłam w Gruzji dwukrotnie, ale dalej nie zwiedziłam jej całej – i choćbym pojechała tam 20 razy, nadal znajdą się tam zakątki kompletnie mi nie znane. Tak samo nie sposób „zaliczyć” w tydzień Turcji, Chorwacji czy Włoch. (Jakiś czas temu, zaprzyjaźniona blogerka opowiadała o znajomym, który stwierdził, że podczas wakacji zwiedził całe Rodos. Ona sama, mieszkając tam pół roku, wciąż uważała, że nadal nie zna jeszcze CAŁEJ wyspy…)
Możesz z czystym sumieniem powiedzieć, że znasz CAŁĄ Polskę? Wątpię. Więc dlaczego twierdzisz, że zwiedziłeś cały Egipt, Francję czy Tunezję?

Must see
Dlatego wielką popularność zyskują przewodniki w stylu „must see”. Nie przyznawaj się, że byłeś w Paryżu, jeśli nie widziałeś wieży Eiffla. Koloseum w Rzymie, Big Ben w Londynie i Mostu Karola w Pradze. Aby nie wyjść na ignoranta, musisz w danym mieście czy państwie zobaczyć to, to i tamto. „Węgry w trzy dni”, „Słowacja na weekend” – krzyczą kolorowe okładki. Więcej nie potrzebujesz.
Tak, ja też namiętnie kupuję i studiuję przewodniki. Mając ograniczony czas i możliwości trzeba się czymś kierować. To dobra podpowiedź, by nie przeoczyć czegoś istotnego, co może jest tuż za rogiem. Jednak zwiedzanie nie zawsze musi być odhaczaniem „check-listy”…

Zaliczone, odhaczone
W czasach, gdy można zwiedzić cały świat nie wychodząc z domu, a jedynie buszując w internecie, ludzie coraz częściej podróżują żeby „zaliczyć”. „Byłem już tu, tu i tam…” – wymieniają jednym tchem kolejne kraje. Co z tego, że spędzili tydzień nie wychylając nosa z hotelu? Liczy się pieczątka w paszporcie.
W kwietniu byłam z partnerem na Fuertaventurze. Codziennie rano po śniadaniu wsiadaliśmy w samochód i wracaliśmy dopiero po zmroku. Objechaliśmy wyspę wzdłuż i wszerz, zahaczając również o Lanzarotte i uskuteczniając treking na Lobos. Ale przecież w ogólnym rozrachunku po prostu „byliśmy na Kanarach”, tak samo jak sąsiedzi, którzy cały urlop spędzili nad hotelowym basenem.

Magia miejsca
Oczywiście, takie „zaliczanie” ma też i inne strony. Kiedyś byłam ze znajomymi we Włoszech. Upał, żar leje się z nieba, Włosi odpoczywają podczas siesty, a my… zwiedzamy. Prowodyrem i motywatorem jest zwłaszcza jedna koleżanka, która chce zobaczyć jak najwięcej. Np. zależało jej by odwiedzić WSZYSTKIE rzymskie kościoły (a nawet ten, kto nigdy nie był w Wiecznym Mieście, domyśla się, że jest ich oględnie mówiąc sporo…), co z kolei strasznie irytowało drugiego znajomego: „Nie wystarczy zobaczyć 2-3? Przecież po tygodniu i tak nie będę pamiętał tych wszystkich nazw. Nie lepiej usiąść spokojnie na placu, napić się dobrej włoskiej kawy i popatrzyć jak żyje miasto?”
Często bywa tak, że najbardziej zapadają nam w pamięć jakieś nieistotne szczegóły, smaki, kolory, zapachy… A słynne miejsca z okładek przewodników nie robią takiego wrażenia. Zwłaszcza, że często trafiamy tam na tłumy innych zwiedzających i trudno nawet zdobić dobre zdjęcie.

Oryginalny cel
Kiedyś jeździło się maluchem nad Bałtyk, a szczytem marzeń były wczasy w Bułgarii. Dziś stoją przed nami otworem nawet najbardziej egzotyczne destynacje i coraz trudniej znaleźć coś nie mainstreamowego. szwagier był w Chinach, koleżanka wybiera się na Kubę… Nawet moją podróżą do Kirgistanu i Tadżykistanu trudno komuś zaimponować – gdy ostatnio coś o tym wspomniałam przy kolacji w schronisku, zaraz odwrócił się jakiś chłopak mówiąc, że on też tam był. Dwa razy. Na motorze.
A tymczasem nawet w naszym rodzinnym powiecie są miejsca ciekawe, warte odwiedzenia, nie znane tłumom. Dlatego np. tak cenię sobie blog Hegemona – bo opisuje malownicze i interesujące zakątki Polski, jednoznacznie udowadniając, że „cudze chwalicie, swego nie znacie”.

Gdy nie ma kasy
Takie wakacje pobliskiej i małoobleganej lokalizacji mogą być świetnym rozwiązaniem na deficyt w rodzinnym budżecie. Bo wcale nie jest powiedziane, że udany urlop to kosztowny urlop. Wczoraj np. usłyszałam w radio historię czeskiego bezdomnego, który cały rok odkłada wyżebrane pieniądze, by zimą… polecieć na Kanary. Na Wyspach Kanaryjskich spędza co roku 4-5 miesięcy (Śpi tam pod gołym niebem albo korzysta z miejscowych organizacji pomocowych lub stara się coś na miejscu dorobić. Nawet nauczył się już podstaw hiszpańskiego.) A więc można? Można! ;-)

Gdy nie ma czasu
Nie każdy może sobie pozwolić ucieczkę przed zimą do ciepłych krajów, często nawet 2-3 tygodniowy urlop stanowi problem. Ale ograniczenia czasowe nie muszą oznaczać rezygnacji z odpoczynku poza domem. Same weekendy to około 100 dni w roku, które można aktywnie wykorzystać. Jeśli mamy dobry plan i organizację, to nawet krótki wyjazd może być owocny, a bez tego… nawet 3 tygodnie „uciekną” nie wiadomo gdzie.

Plan czy spontan?
Do podróży warto się przygotować – przejrzeć przewodniki i mapy, poszukać informacji, skorzystać z rad osób, które już tam były… A przede wszystkim samemu się zastanowić, co chcemy zobaczyć czy jak spędzić wolny czas – co jest dla nas istotne, czego oczekujemy, co będzie dla nas stanowić o udanym wypoczynku.
Jednocześnie jednak warto zostawić sobie „margines błędu”, być przygotowanym na niespodziewane sytuacje, ale przede wszystkim otwartym na zmiany, okazje, niespodzianki…

Udanego urlopu Wam życzę! :-)
Dokąd się wybieracie w tym roku?

26 Komentarze

  1. Ja to taki stan mieszany jestem Chyba nigdy nie bylam na urlopie dłuższym niż 10 dni, bo dwa tygodnie już mnie męczą, to po pierwsze. Po drugie – nigdy wyjazd typu stacjonarnego ( no dobra, zima na nartach jestem w jednym miejscu) – siedzenie na plaży to nie dla mnie. Po trzecie – nie przepadam za zwiedzaniem kościołów, muzeów i zabytków – owszem, zobaczyć, ale to co mnie najbardziej interesuje to cuda natury. Przyroda. Szukam więc wyjazdów, gdzie osią sa niezwykłe miejsca. Ze spontanu już się wyleczyłam, wybieram imprezy zorganizowane, ale jak wspomniałam – w określony sposób, na szczęście można takie znaleźć. I na miejscu korzystam do oporu z różnych dodatkowych atrakcji, bo nigdy nie wiem, czy jeszcze będę miała szansę tam wrócić – raczej nie. Na razie z wszystkich wyjazdów mam tylko jedno miejsce, gdzie zamierzam wrócić…

    • Myślę, że najważniejsze to wiedzieć, czego się chce i w ten sposób planować wakacyjny czas. :-)
      Ja też nie mogę usiedzieć na jednym miejscu podczas urlopu – gdy siedzę przemęczona w robocie to marzę o plaży i słodkim lenistwie, ale gdy przychodzi co do czego, to jestem w stanie wytrzymać na leżaczku czy kocyku góra kwadrans. No chyba, że mam ze sobą jakąś super książkę… ;-)

  2. Z uwagi na rodzaj pracy terminy urlopu mam narzucone, ale jak mówisz, są jeszcze weekendy, które staramy sie wykorzystać maksymalnie.
    Wracamy także w ulubione miejsca, bo tam ładujemy baterie, lubimy właścicieli pensjonatu lub okolicę. jednak wracając w znane strony poszerzamy obszar zwiedzania o nowe miejsca w pobliżu i jest fajnie.
    W tym roku jak zwykle góry, a w sierpniu może morze…

    • Ja też odkrywam moc weekendów. :-) Gdzieś wyczytałam, że ludzie pracujący umysłowo lepiej odpoczywają podczas częstszych ale krótszych urlopów (a dla tych pracujących fizycznie lepsze są dłuższe wakacje). I coś w tym jest. Dlatego staram się co jakiś czas robić sobie takie przedłużone weekendy i gdzieś wybywać. Reset gwarantowany. :-)

  3. Tak się zastanawiam, po co uciekać przed zimą? Przecież kiedy pada śnieg jest tak pięknie. Jeśli uciekać przed mrozami, to znowu nie ma ich tak dużo zimą ostatnimi laty. Poza tym, urodzeni w tej a nie innej szerokości geograficznej powinni się byli przyzwyczaić do 4 pór roku. Czy aby nie jest to kolejna moda narzucona przez celebrytów?
    W tym roku spędzam czas wolny rodzinnie w polskiej Galicji zachodniej.
    Nawzajem udanego urlopu.

    • Problem w tym, że takiej prawdziwej polskiej zimy, ze śniegiem i mrozami ostatnio coraz mniej i nie wtedy, kiedy byśmy jej oczekiwali. I to bardziej przed tą szarością, nijakością i krótkim dniem ludzie chyba uciekają… Ja uwielbiam zimę w górach, ale w mieście już trochę mniej… ;-)

  4. Dzięki za pochwalenie mojego bloga :-)
    Ja niezbyt często wracam w te same miejsca. Chociaż jest kilka wyjątków. Nie wierzę, że jakikolwiek kraj można zwiedzić w tydzień, chyba, że San Marino. Są państwa, do których można wracać bezustannie. Dla mnie takim kierunkiem są Czechy, ale całą Europę Środkowo-Wschodnią bardzo lubię, szczególnie te miejsca, gdzie jeszcze nie dotarł tzw. „przemysł turystyczny”
    A zwiedzać można bez pieniędzy – przekonałem się o tym jadąc na początku roku do Turcji.
    Natomiast przestałem czytać przewodniki, one są nastawione prawie wyłącznie na turystę, który kraj chce poznać w trzy dni. Natomiast kopalnią wiedzy są dla mnie blogi. Ile ja miejsc ciekawych odkryłem czytając blogerów, najczęściej nie tych topowych, bo ni też często lecą po łebkach, ale prawdziwych niszowych pasjonatów…

    • Ja już nawet nie mówię, że zwiedzam Czechy – to dla mnie w pewnym sensie drugi dom… ;-)
      Ale też zdecydowanie preferuję wschód niż zachód – nie tylko dlatego, że nie dotarł tam jeszcze przemysł turystyczny, ale również dlatego, że tam wszystko się zmienia i za parę lat wielu rzeczy już po prostu nie będzie…

  5. Nie jestem chyba typowym podróżnikiem, chociaż tak się złożyło, że nie byłem tylko na kontynencie australijskim i południowo amerykańskim. Widoki mnie specjalnie nie interesowały, pasjonowały natomiast zmiany klimatyczne i czasowe. To były lata 70′ ub.w., więc świat nie był jeszcze tak zadeptany, a podróżnik był czymś nadzwyczajnym. Nadzwyczajnym było też to, że zaledwie po kilku godzinach lotu można było się cofnąć w czasie o kilka godzin, albo dogonić miniony czas. Można było z upalnego miejsca po kilku godzinach znaleźć się w objęciach śniegu i mrozu, albo w kożuchu wysiąść z samolotu na upalnym lotnisku. :) Oczywiście najbardziej fascynowali mnie zwykli ludzie, tubylcy, i to od nich dowiadywałem się o ich kraju. Gruzja to fantastyczny kraj i jeszcze bardziej mili i gościnni ludzie.
    Obecnie świat się skurczył, i skurczyły się moje oczekiwania. Za to zauważyłem jak bardzo rozrosły się oczekiwania tubylców kierowane w stronę turystów. I to już nie jest to.

    • Do końca roku jeszcze daleko, więc może jednak się uda? :-) Zresztą żeby dobrze odpocząć, nie trzeba jechać na drugi kraniec globu, czasem wystarczy krótka wycieczka, spacer, a nawet lektura dobrej książki na balkonie…

  6. Pojedyncza!!!!
    Ty już wiesz co :)
    I dziękuję! :)
    Dzisiaj usiadłam na chwilę na leżaku i zastanawiałam się co mam zrobić z moim 2-tygodniowym urlopem. Rozbestwiłam się tym mieszkaniem za granicą i NIE MAM pojęcia jak mam cokolwiek zwiedzić na tygodniowym urlopie. NIe wiem…

    • Wiem, wiem, trochę wyrwane z kontekstu, ale jakoś tak mi się skojarzyło z tematem… Nic nie poradzę, czytam Cię namiętnie i potem zostaje w głowie… ;-)

      Tydzień to długo i krótko zarazem.
      Czasem najlepiej sprawdzają się po prostu spontaniczne pomysły. ;-)

  7. Plan czy spontan – absolutnie Plan, dopuszczający zmiany, kiedy ostatnie atrakcje z listy oznaczałyby po prostu wysiłek ponad miarę. Urlop ma przynieść wypoczynek, a nie zarąbanie się żeby jeszcze to, i to zaliczyć.
    Z tego powodu jesteśmy chyba jedynymi ludźmi na świecie, którzy zwiedzali Peru a nie byli … w Machu Picchu.:) Po prostu nie mieliśmy już sił i odpuściliśmy.
    Wyrosłam już z chęci zobaczenia WSZYSTKIEGO. Wybieram główne atrakcje z danego miejsca według przewodnika, ale to jakieś 60% planu. Resztę uzupełniam ciekawostkami wyszukanymi w sieci, także na blogach.
    Czechy zwiedzaliśmy po tygodniu już 3 razy i na pewno nie widzieliśmy wszystkiego. To samo Hiszpania (3), Włochy (4).
    A główny 2-tygodniowy urlop spędzamy od lat w Dolomitach. Tam nie zwiedzamy, tylko drapiemy się w górę. I to można powtarzać bez końca…
    Chętnie zajrzę na blog Hegemona:)

    • Wygląda na to, że mamy bardzo podobne podejście. Też zwykle planuję „szkielet” wyjazdu, a reszta wychodzi „w praniu”. :-) No i każdego roku odpowiednia ilość czasu spędzonego na górskim szlaku – obowiązkowo! ;-)

  8. W wyjazdach na zagraniczny urlop chodzi o to, żeby jak najwięcej zobaczyć. Siedzenie w hotelu to jak w domu, hotel służy do spania i jedzenia, chyba, że ktoś przyjechał tylko po to.

  9. Jestem zupełnie pozbawiona głodu nowych wrażeń, także wzrokowych. Lubię odpoczywać w miejscu znanym, co rok witać go, jak dobrego znajomego, sprawdzać, co tam nowego.
    Koleżanka powiedziała mi niedawno, że „musi w końcu pojechać do Grecji, bo przecież wszyscy już tam byli”. Nie rozumiem takiej motywacji. Znowu wpadłam w zdumienie :)

    • Ja lubię wracać do tych samych miejsc w górach, chodzenie niektórymi szlakami chyba nigdy mi się nie znudzi, choć znam już niemal każdy kamyczek po drodze. Ale to właśnie tak jak piszesz, takie odwiedzanie starych znajomych…
      Na dłuższy urlop jednak wybieram eksplorację, poznawanie świata… ;-)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.